BIG BUSINESS – Battlefields Forever (wydanie własne)

Zdarza mi się, że pomimo ogólnej niechęci do danego gatunku muzycznego, słuchając jednego z jego przedstawicieli poczuję sympatię do pewnych dźwięków, które to z kolei budują pozytywne wyobrażenie o zespole jako kolektywie równych gości. Obcując z twórczością chłopaków z Big Business, nie mam ochoty opierać się silnemu wrażeniu, że to banda miśków, która gotowa jest ot tak, bez wielkich powodów, przebyć pół świata, by na grobie nieznanego słuchacza, na którym jakiś dobry człowiek swą starczą ręką wyrył „NIE LUBIŁ SLADŻU”, odśpiewać rześkie „O Death” na modłę Ralpha Stanleya. Czas oddać przysługę i przeprosić się ze sludge’em za życia?

Jeżeli nawet to co proponują Wielcy Biznesowcy nie przypadnie Ci do gustu, nie możesz, Drogi Czytelniku, odmówić ich muzyce pewnej ujmującej (nie wiem czy to najwłaściwsze słowo) poczciwości. Nie myśl jednak sobie, że to poczciwość o stylizacji na życiowych nieudaczników pokroju amerykańskiego Grandaddy. Z muzyki Big Business bije jakaś uszlachetniona serdeczność, którą aż chce się wyściskać, poczucie siły braterstwa, którego częścią chce się być (bez konieczności wbijania się w zbroję czy wiązania sobie bandanki na głowie). Zespół bierze jeńców i traktuje ich humanitarnie, jednak ciężka, sludge’owa pała u jego boku przypomina, że wojna trwa zawsze, jak w tytule ich najnowszej płyty. Wrażenie „epickiej swojskości”, jako znaku rozpoznawczego zespołu, to w znacznej mierze zasługa wokalnego miksu sobowtórów ex-Keitha Caputo i Kirka Windsteina wypełniających swoją dyskografię pięknymi, bombastycznymi nutami, niepozbawionymi amerykańskiej muskulatury, a oprawionymi organicznie brzmiącą perkusją i sfuzzowaną gitarą basową, która padła gdzieś niedaleko Kyussowej jabłoni.

Big Business to zasadniczo Jared Warren i Coady Willis, którzy od roku 2004 nagrali pod tym szyldem trzy krążki (ten jest czwarty), a od 2008 roku zasilają szeregi Melvins. „Battlefields Forever” stanowi kontynuację pomysłów z rewelacyjnego „Mind The Drift”. Zmiany jakie dokonały się na nowym albumie to m.in. mniejsza selektywność brzmienia za sprawą większego przybrudzenia brzmienia gitary basowej i pełniejszego scalenia gitary elektrycznej Scotta Martina z dźwiękomasą zespołu (choć jeszcze płaczę za kabaretowym, bardziej oderwanym od stonerowej estetyki stylem Toshi Kasai). Pewną (niekoniecznie szczęśliwą) odmianą (poza epickim „Lonely Lyle”) jest ograniczenie zabaw zespołu pauzą i powietrzem, które jak w „Cats, Mice” czy wręcz wodewilowym „Ayes Have It” budziły niedowierzanie, że w „sludge’u też tak można”. Dzisiaj dysonansowy „No Vowel” czy SOAD-owy „Heavy Shoes” to Big Business może już nie tyle poszerzający granice gatunku, co starający się napisać po prostu jak najlepszą piosenkę dla człekokształtnych, zbliżając się przy tym niebezpiecznie do nieco agresywniejszej twórczości Melvins.

Jak nie darzyłem szczególną namiętnością sludge’owego lenistwa w warstwie aranżacji i zamierzonej tępoty wykonawczej przynależnej do tego gatunku, tak nadal nie darzę. Choćby Big Business spłodzili setkę tak udanych płyt jak „Battlefields Forever”, a setka ta zainspirowała tysiąc bandów, które wydałyby sto tysięcy płyt, to nadal wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale zgodnie z historią moich kontaktów z tym gatunkiem, będzie to dla mnie tylko jedna jaskółka, która wiosny nie czyni. Zamknięcie jej w klatce i zakaz rozmnażania się to zbrodnia przeciwko muzyce, ale jeszcze większą zbrodnią byłoby pozwolić jej fruwać, wieszcząc lepsze czasy dla wszystkich ociężałych muzykantów, którzy nie mają tyle talentu (albo ochoty), by rozwinąć się jak Josh Homme. Big Business zostaje u mnie, a Wy udajecie, że właśnie przeczytaliście świetną recenzję doskonałego, microhouse’owego projektu z Dżibuti.

Kuba Kolan

Cztery i pół