BIFFY CLYRO – Ellipsis (Warner)

Postawmy sobie proste pytanie – jest komuś potrzebna nowa płyta Biffy Clyro, czy też cała para poszła w gwizdek? I ten dylemat przeważa w poniższej rozmowie. Biffy Clyro – zespół, który świata nie zbawi, bo nie ma takiego zamiaru. Ba, to zespół, który niczym U2 staje się jakąś tam instytucją, ale coraz trudniej rozpatrywać go w kategoriach żywiołowego bezkompromisowego rocka, a tym bardziej wymagać, by był choć ciutkę oryginalny. Jest takie strasznie złe określenie  – „rock stadionowy”. To inwektywa, którą rzuca się zawsze, kiedy padają nazwy typu Placebo, White Lies czy inny 30 Second To Mars. I to właśnie w tej niszy Szkoci z Biffy Clyro czują się najlepiej. Owszem, odgrodzeni od publiczności kordonem ochroniarzy i zasiekami z barierek, w studiu szlifując nieprzyzwoicie drogi sprzęt a wywiadach bajając o nowym otwarciu, niezależności, buncie i problemach psychicznych, z którymi się borykali i które są rodzicami głębokiej i dramatycznej muzyki. Oczywiście, do komedii pt. „sesja nagraniowa Metalliki” im bardzo, na szczęście, daleko, ale gwiazdorka jest. Tyle, że mi się ta płyta podoba. Tak, po prostu, bez dodatkowych tłumaczeń. Kiedy wsiadam rano na rower jadąc do pracy nie włączę sobie Gaap Kvlt czy Rara, tylko właśnie „Ellipsis”. Na eksperymenty przyjdzie pora wieczorem. I tak sobie słucham nowej płyty Biffy Clyro – podoba mi się ich muzyka i próby jej zamknięcia w formule rockowego trio. Podoba mi się, odwrotnie niż Pawłowi, który z kolei nie zostawia na płycie suchej nitki, każdym słowem wyrzucając ją do kosza. Ot, demokracja…

Arek: Biffy Clyro. Ellipsis. Rock. Konsekwencja. Bez zaskoczeń, ale miło. Nie jest to płyta wybitna, ale zaspokaja moją potrzebę bombastycznego rocka stadionowego.

Paweł: Tym się chyba różnimy, że ja żadnej potrzeby rocka stadionowego nie czuję. Powiedzmy, że jestem w stanie taką muzykę tolerować np. pod postacią Foo Fighters, ale generalnie nie przepadam. Foo Fighters potrafili czasem napisać jakąś ładną melodię, a na nowej płycie Biffy Clyro ładnej melodii nie ma ani jednej. Wszystkie są nudne, oczywiste i słodkie do porzygu. Razi mnie ta cukierkowatość.

Arek: Ja podchodzę do Biffy kompleksowo. To nie tak, że nowa płyta jest idealna. Bo nie jest, ale jako pewien produkt, mający dostarczyć rozrywki, niezobowiązującej adrenaliny, ale bez wiochy, pasuje idealnie. Melodie? Bez przesady, jest parę. „Friends and Enemies” po linii 30 Second To Mars. „Animal Style” – to już stadionowa historia, no i „Re-Arrange” – timbalandowa ballada. Obok rockówek te piosenki się bronią. Świata nie zmienią, ale na jazdę rowerem idealne. A i to nie wszystko…

Paweł: Jak chcę sobie posłuchać niezobowiązującego rocka to puszczam The Black Keys, Royal Blood czy inne Arctic Monkeys – tam słyszę chociaż jakieś emocje i chęć zrobienia czegoś ciekawego, a nie pójście po linii najmniejszego oporu. Strasznie drażni mnie też to wygładzone brzmienie – rock powinien być brudny, nieprzyjemny, zdarzać się mogą niedociągnięcia. A tu jest wszystko takie idealne, no i przepuszczone przez milion pięćset efektów.

Arek: The Black Keys ok. Arctic Monkeys – właśnie przypominam sobie ich dyskografię. I bardzo dobrze, ale Biffy do tej grupy się nie załapuje. On tkwi w egzaltowanym towarzystwie, razem z Placebo, White Lies czy wymienionym już 30 Second To Mars. Pytanie – czy to źle? Wydaje mi się, że w złym kontekście ustawiasz BC. To nie Queens of the Stone Age (śmiech). A brzmienie akurat jest bardzo dobre, na pewno lepsze niż nieco plastikowe z płyty „Opposites”. No jeśli taki „Flammable” nie kopie, to już nie wiem, co może cię ruszyć…

Paweł: Rusza mnie np. Queens Of The Stone Age, bo to chyba mój ulubiony zespół w ogóle. Lubię brud, lubię jak coś zgrzyta – tutaj wszystko lśni i błyszczy. Jeżeli jakiś numer mi się na „Ellipsis” podoba, to będzie to „On a Bang”. Ale bardzo umiarkowanie.BC band

Arek: „On A Bang” jest spoko, ale są lepsze. Natomiast zastanawia mnie twoje „nielubienie” wypolerowanej produkcji. Dla mnie ma to tę zaletę, że fajnie eksponuje ciekawe pomysły aranżacyjne. To zresztą cecha tej grupy zespołów, o których pisałem. Ta lśniąca produkcja to ich znak rozpoznawczy. Może chodzi właśnie o to, że „lubisz brud”? Płyta rządzi się swoimi prawami. Słuchając tych piosenek już widzę, jakimi petardami będą na żywo. Biffy fajnie uprościł niektóre pomysły, eksponując dużo bardziej rockowego zwierza niż wcześniej. A że ów zwierz ma wyczyszczone futro i nie ma kamienia na zębach – to chyba nie problem…

Paweł: Min. dlatego wspomnianych przez Ciebie zespołów nie lubię – przez tę produkcję. Świeci się wszystko jak, za przeproszeniem, psu jajca. Mnie raczej bliżej do debiutu Venom. Co do uproszczenia – moim zdaniem uprościli aż za bardzo, poszli w łopatlologię. Pierwsze trzy krążki były całkiem słuchalne, bo tam troszkę więcej kombinowali (troszkę!). Pomimo tego uproszczenia formuły nijak rockowego zwierza nie jestem w stanie tu usłyszeć. Ta płyta jest… grzeczna. A ja rocka rozumiem nieco inaczej. Oni nawet w balladach się nie sprawdzają – podoba Ci się „Medicine”?

Arek: No i tu dotknąłeś bardzo istotnego punktu. Lubię tą płytę a po delikatnym okrojeniu. Z ballad akceptuję „Re -Arrange”, bo jest śmieszna. „Medicine” absolutnie do wywalenia. Ale przyznam ci się, że jest tu jeden numer duuużo gorszy – „Small Wishes”. Kompletnie nie kumam po co BF taka parodia. Niby rockabilly, ale brzmi to jakby grał jakiś kowerband. Straszne potknięcie, które psuje mi odbiór do tego stopnia, że wykasowałem kawałek z zestawu. Jeśli wyrzucimy te dwa numery a do towarzystwa dodamy im jeszcze nijaki „Howl” albo lepiej „People”, zostanie z dziewięć numerów konkretu. Prostego, ok, ale Biffy nigdy nie pretendowali do miana zbawców/wizjonerów rocka. Ten zespół ma jedynie taki problem, że oczekiwania ludzi wobec niego zawsze będą ich krzywdzić; zaczną kombinować – wszyscy powiedzą, że bawią się w art rockową bufonadę. Upraszczają – stają się banalni. Melodie – nadmuchany, pretensjonalny balon. Produkcja za czysta – źle. Brudna – eeee, tyle kasy mają a nawet nie potrafią dopracować brzmienia. I tak w kółko. Piekło kontekstu…

Paweł: I to wszystko zależy od indywidualnego gustu tak naprawdę. No bo tak obiektywnie patrząc, ta muzyka to fast food. Nastawiona na masowego odbiorcę, bez większych ambicji artystycznych, nie wnosząca nic nowego. Nie chcę powiedzieć, że to bezwartościowa sztuka, ale… ciśnie mi się to na usta. Tylko wtedy pojawia się pytanie – ile co roku pojawia się naprawdę ważnych płyt? Takich, o których można powiedzieć, że to coś więcej niż tylko rozrywka?

Arek: To wszystko jest rozrywka! Tylko o to chodzi. A Biffy jest tej rozrywki idealnym przykładem. Jasne, jak chcę posłuchać czegoś ambitnego, wyciągam płyty Stańki, albo Morkobot, czy wiele innych „brudnych”, eksperymentalnych/wściekłych produkcji. Ale kiedy mam ochotę na rocka pobłyskującego cepelią – dobrze bawię się przy „Ellipsis”. Czy to źle?

Paweł: W żadnym wypadku, nie widzę w tym nic złego. Ale widzisz, może to jest też kwestia tego, czego szukamy w muzyce? Może też kwestia wieku? Im jesteś młodszy, tym bardziej ciągnie cię w kierunku muzyki ekstremalnej (nie chodzi mi wcale o metal…), przekraczającej granice i takie Biffy Clyro przyprawia o mdłości. Może, z racji wieku i ilości przesłuchanych płyt, patrzysz na muzykę z większym dystansem, przez co BC łatwiej Ci wchodzi.BC

Arek: Może tak jest… Może radykalzim nie dopuszcza myśli, że dla Biffy Clyro też musi być miejsce na świecie (śmiech). Cały czas uporczywie powracam do kwestii rozrywki. Zwykłej, może prostej, może mało ambitnej. Jestem w stanie przyznać, że Biffy Clyro nie jest żadnym szczytem i że nigdy nie zrewolucjonizują rocka. Ale nie mogę odmówić im talentu, który pozwala zaklinać w te proste songi przyjemnej energii, która mi się udziela. Podchodzę do tej muzyki bez oczekiwań. A poza tym – nie ma w niej niczego co by mnie denerwowało. Oczywiście, poza wymienionymi kawałkami, które im zdecydowanie nie wyszły…

Paweł: Nigdy nie dojdziemy do porozumienia, bo to po prostu kwestia gustu. Ciebie w tej płycie nie denerwuje nic; mnie wszystko. Zgadzamy się co do jednego – rocka nie zrewolicjonizują, to na pewno. Gdybyś powiedział, że BC to nowa nadzieja rocka, godni następcy Stonesów czy coś w tym stylu, niechybnie zaleciłbym noszenie podczas upałów czapki. Mówisz jednak, że to  przyjemna, niezobowiązująca rozrywka i ja się z tym zgadzam. Tyle, że to rozrywka nie dla mnie – tak jak gonienie za pokemonami i kilka innych. Jednakowoż nikomu nie odbieram prawa do czerpania radości ze słuchania tej płyty i cieszę się jego szczęściem. Rozumiem, że komuś może się podobać.

Arek: Ależ denerwują mnie niektóre rzeczy jak chociażby wspomniane niepotrzebne nikomu balladziska. Denerwuje mnie dorabianie filozofii w stylu „początek nowej trylogii”. Nie jestem bezkrytyczny, tyle, że w pozostałych elementach znajduję coś w rodzaju tej oklepanej, lekkiej rozrywki. I jako taka płyta się sprawdza. Zamiast szukać rozrywki w dużo bardziej prymitywnej muzyce, wolę BC. Nie mam problemu z płytą bo niczego nie  oczekiwałem, ale nie odmawiam jej też racji bytu.

Paweł: Ja chyba po prostu bardziej prymitywny jestem (smiech).

Arek: A może ja jednak za stary, ha, ha…

Próbowali się przekonywać Paweł Drabarek i Arek Lerch