BESIDES – Everything is…  (Hand2Band)

Po raz kolejny Besides udowadniają, że nie trzeba niczego specjalnie zmieniać, żeby stworzyć kilka minut przyjemnej, nieinwazyjnej muzyki, która jednocześnie zachowuje odpowiedni ładunek ambicji. Bez większych fajerwerków powraca naczelny, krajowy piewca klasycznej odmiany post rocka.

Choć zakrawa to na absurd, w 2015 roku post rock przestał być awangardą gitarowej alternatywy i dużo bliżej mu do miana klasyka niż jakiegoś lodołamacza. Besides w taki wizerunek idealnie się wpisuje. Wprawdzie nadal uważam, że szanujący się zespół powinien jak ognia unikać teleturniejów w rodzaju Must Be The Music, ale nie boję się też przyznać, że Besides zwycięstwo w tym programie wykorzystali – sprzedają więcej płyt i grają sporo koncertów, a i w temacie samej muzyki nie dają ciała, nie wykonując żadnych, gwałtownych ruchów. Muzyka na „Everything is…” pozostaje nadal propozycją instrumentalną, nadal bazuje na kontrastowym ujęciu spokojnych, przestrzennych tematów z momentami bardziej dynamicznymi. W porównaniu z opisywanym gdzieś obok Ampacity, nie idzie w stronę progresji, stawiając na budowanie klimatycznych, zwiewnych kompozycji, które trzeba uważnie smakować, by w pełni rozmościć się w besidesowym świecie.Besides band

Pierwszą rzeczą, która może się tu podobać, jest klarowność aranżacji – płynne operowanie nastrojami, świetne łączenie tematów, które pięknie się przenikają; nie mam wrażenia – jak ma to miejsce w przypadku niektórych, post rockowych płyt – że obcuję ze zlepkiem kilku tematów, połączonych są ze sobą tylko dlatego, żeby licznik pokazał np. 10 minut. I tu pojawia się wątpliwość – czy instrumentalna, dość prosta w sumie dźwiękowa tkanka może zatrzymać słuchacza? Odpowiedzią jest fajna melodyka – niezbyt nachalna, hipnotyzująca. Rzekłbym – oryginalna. Zespół bacznie przygląda się temu co w biznesie piszczy, stąd może lekkie wpływy odkrytego na nowo w ostatnich latach shoegaze’u (chociażby w „Efflorescent”), brzmieniowa szorstkość a nawet lekkie ukłony w stronę uduchowionego post metalu. Wszystkie te elementy są jednak dokładnie zmiksowane i w zasadzie słucha się tego, jako klarownej, jednorodnej opowieści, którą zespół z wprawą gawędziarza niespiesznie snuje.

Być może określenie „muzyka kapci i fotela bujanego” zjeży Besides, ale nic nie poradzę na to, że najlepiej słucha mi się tej płyty sącząc winko podczas leniwego, wieczornego zalegania na kanapie. Jeśli błoga nuda, to tylko z „Everything is…” w tle.

Arek Lerch

Pięć