BENIGHTED – Asylum Cave (Season Of Mist)

Jakoś nie mam szczęścia do death metalu w ostatnich miesiącach. Albo muzyka jest przeciętna, albo ktoś mi akurat sprzątnie dobrą płytę sprzed recenzenckiego nosa. Tym razem udało się i mogę skomplementować jedną z lepszych, francuskich załóg spod znaku metalu śmierci. Szósta płyta Benighted to prawdziwa petarda do wielokrotnego użytku.

Moje poczucie estetyki w stosunku do tzw. technicznego death metalu mocno ewoluowało przez lata. Długo byłem zwolennikiem techniki absolutnej – czyli typowego onanizmu, stawiającego nad kompozycję szybkie paluchy i zerowe ograniczenia aranżacyjne. Słowem – im więcej, tym lepiej, tak, by nikt nie wiedział, o co chodzi. Z biegiem czasu doświadczyłem przemiany, chłonąc bardziej psychodeliczne dźwięki, pozwalające smakować muzykę, która stawała się sztuką do wielokrotnego odkrywania i wprowadzania umysłu w odmienne stany. Dlatego zespoły grające muzykę techniczną sensu stricto, oderwaną od rzeczywistości, mało mnie ostatnio pociągają. Z drobnymi, ale jednak wyjątkami. Należy do nich nowy krążek Benighted. Francuzi penetrują rejony, gdzie spotyka maksymalnie zagęszczony death metal z grind core. Wszystko opiera się o maniakalne tempa, w ramach których zespół potrafi upchnąć tyle smaczków, że szczęki szukałem jeszcze długo po wybrzmieniu muzyki. Bardzo plastycznie skonstruowane numery eksponują kilka rodzajów blastów, ale to tylko czubek góry lodowej. Aranżacyjne mistrzostwo świata w łączeniu wyrazistych motywów z bezduszną sieczką to dla Francuzów pestka. Absolutnym dewiantem w załodze jest pałker, który powoduje, że chce się do płyty ciągle wracać. Wokalny podział na wrzaski, growle i typową oborę urozmaica narrację, wśród tekstów mnóstwo jest patologii, szczególnie pod lupę wzięty został przypadek nijakiego Josefa Fritzla i jego piwnicznej epopei. Jednocześnie, co trzeba podkreślić, zespół ani na moment nie wychodzi poza mocno zaznaczony death metalowy kanon. Muzycy zadowalają się jedynie modyfikowaniem znanych pomysłów, wyciskając z nich jeszcze większy zakręt. No i najważniejsza sprawa – ta muzyka niesamowicie płynie, jej flow jest absolutnie naturalny i nawet w typowo nieparzystym metrum grupa porusza się z gracją, zachowując puls. Co powoduje, że nazwanie tych jakże nieludzkich w sumie dźwięków sztuką jest oczywiste.

W obecnej sytuacji uznaję, że w działce tradycyjnie pojmowanego, technicznego death/grind metalu Benighted nie mają wyraźnej konkurencji. Skoro Cryptopsy nie dają znaku życia a Neuraxis wpadł w marazm zwany brakiem pomysłów, nasi bohaterowie dzierżą palmę pierwszeństwa. Ok, jeśli ktoś chce nowatorstwa na poziomie wizjonerskim, niech szuka nowej płyty Ulcerate.

Arek Lerch 4,5