BELZEBONG – Sonic Scapes & Weedy Grooves

Po co właściwie tak grać? Czy Jankesom i tak nie wychodzi to lepiej, skoro takie dźwięki mają we krwi? Kto ci w Polsce tego posłucha, a co dopiero płytę kupi, kiedy inne kapele od lat próbują zasiać ziarno upalonego rocka na nieurodzajnym słowiańskim gruncie? Chłopakom z kieleckiego Belzebong żadne z tych pytań nie przyszło do głowy. I całe szczęście.

Rozbieranie zawartości „Sonic Scapes & Groovy Weeds” na czynniki pierwsze i dogłębna ich analiza nie mają najmniejszego sensu. Od pierwszych taktów wiadomo, że nic nowego tu nie uświadczymy. Każda nuta wybrzmiała już kiedyś na doskonale znanych płytach Electric Wizard, Weedeater czy Bongripper, a doom/sludge/stoner przestał być progresywny dziesięć lat wcześniej nim ktoś wymyślił taką szufladkę. Jeśli jednak odpuścimy sobie pseudodziennikarski bełkot, ta EPka gracko zafunduje nam półgodzinny cwał przez prerie Arizony. Bezlebong uważnie przestudiowali poradnik młodego zielarza (napisany dla szczęścia ludzkości) i wiedzą doskonale, że (zwłaszcza z muzyką pozbawioną wokalu) daleko by nie pogalopowali bez dobrego riffu – a tych jest na „Sonic Scapes…” co niemiara. Ciężkie, monotonne melodie, choć po tysiąckroć ograne, bujają, wciągają i porywają dusznym, psychodelicznym klimatem. Nie licząc kilku zaczerpniętych z filmów sampli nie ma tu praktycznie żadnych ozdobników, a mimo to nuda ani na moment nie mąci gryzącego w nozdrza aromatu. Bezlebong wygrywa skromnym, ale umiejętnie wykorzystanym arsenałem, co wybija ich ponad gatunkowy standard, zdominowany przez źle pojętą samopowtarzalność i podejście w rodzaju „eee, to proste, też tak umiemy”. Mądrale-technicy mogliby siedzieć rok nad gitarą, a i tak nie napisaliby takiego „Bong Thrower” – i w tym tkwi sedno zajebistości „Sonic Scapes…”.

W tym miejscu zwyczajowo recenzenci szlochają nad marną kondycją rodzimej sceny stonerowej… Cóż, jak polski step długi i szeroki, fani takiej muzyki gnieżdżą się gdzieś po piwnicach, a zespoły pokroju Luna Negra, Fifty Foot Woman czy Same Road wydają się trafiać ze swoją muzyką donikąd, a jeden dobry debiut rocznie Luizjany nie czyni… Pociechą dla Belzebong niech będzie to, że jest na Wybrzeżu przynajmniej jeden osobnik, któremu „Sonic Scapes…” fenomenalnie uprzyjemnił leniwe, słoneczne popołudnie. Poproszę o więcej.

Bartosz Cieślak 4,5