BELZEBONG – Greenferno

Bardzo lubię zespoły, które wypracowały własny, łatwo rozpoznawalny styl i starają się go trzymać, doskonalić i propagować. W tej kategorii Belzebong jest niemal mistrzem. Zieleń, zioło, Black Sabbath, dymy, psychodelia, doom i sludge. Te słowa idealnie opisują dokonania – i tu przepraszam za nachalne porównanie – polskiego braciszka Bongzilli. Nowa płyta to po raz kolejny – świetna muzyka, zajebiste tytuł i okładka a także jeszcze lepsze i sugestywne zdjęcia autorstwa Łukasza Jaszaka. Czegóż chcieć więcej?

Może jedynie tego, żeby nie przyczepili się do nich strażnicy moralności, którzy uznają, że aktualna sesja fotograficzna jest nakłanianiem do zażywania substancji teoretycznie szkodliwych a na pewno zabronionych. Tak czy inaczej, najnowsze dzieło zespołu… w zasadzie niczego w tym obrazie nie zmienia. Grupa uparcie trzyma się swojej ścieżki, jedynie delikatnie modyfikując i udoskonalając znany wszystkim, ociężały odjazd. Całość założenia opiera się na absolutnie nieoryginalnej (w sensie składników…) instrumentalnej, doprowadzonej do psychodelicznej granicy, mieszance sludge i doom metalu. Słuchając tej płyty, składającej się z czterech kolosalnych kompozycji, zastanawiałem się jedynie, gdzie przebiega granica i czy w ogóle występuje. Bo tak po prawdzie nie wiem, po jakiej stronie znajduje się teraz Belzebong, czy bliżej mu do klasyki gatunku czy raczej, co już jest paradoksem, wytycza nowe ścieżki w temacie upalonego odjazdu. A wszystko za sprawą rozedrganej, psychodelicznej otoczki, działającej na muzykę niczym filtr, rozmywający wszystkie kontury. Działanie dość podobne efektom zażywania wiadomej substancji, w dodatku ryj sam się cieszy. Co poza tym – kolejny aspekt „Greenferno”, powodujący, że mimo piekielnego ciężaru, muzyka wchodzi jak ciepłe bułeczki – trans. Wszechogarniający, zniewalający i wciągający w – zieloną – otchłań.Belzebong band

Nie wymieniam poszczególnych kawałków, bo płytę trzeba łykać jako całość, zatracić się, zanurzyć w oparach szaleństwa. Nic więcej dodawać nie trzeba, bo to w zasadzie propozycja dla wyrobionego i gustującego w takich łaskotkach słuchacza. Jest piekło, jest zielone i rozjechane milionem pogłosów. Świat obserwowany zza gęstych oparów wydobywających się z wodnych fajek. Belzebong to mistrz w swojej klasie, który kroczy własnym, dawno ustalonym rytmem. Oby jak najdłużej nie złapał zadyszki.

Arek Lerch

Zdjęcie: Łukasz Jaszak

Pięć