BELL WITCH – Mirror Reaper (Pofound Lore)

Trzeci krążek pochodzącego z Seattle duetu mocno zaznaczył swoją obecność we wszelkich podsumowaniach ubiegłego roku. Ta fama nie wzięła się znikąd, bo na uwagę zasługuje i sam dobór formy, i sposób, w jaki poprowadzona jest narracja „Mirror Reaper”. Materiał nie tyle nie przygniata słuchacza opasłością, co wręcz… coraz mocniej go zasysa, chociaż proces poznawania świata przedstawionego nie wiąże się w tym przypadku z radosną eksploracją kolejnych warstw i płaszczyzn – w malowane przez Amerykanów odmęty rozpaczy wsiąkamy niejako mimowolnie, pozwalając ciału płynąć z nurtem.  

Na wstępie warto zaznaczyć, że nagranie równie potężnego, 83-minutowego opusu, na którą to objętość składa się… jeden utwór, jest bez wątpienia przejawem graniczącej z szaleństwem odwagi. Jasne – taki „Dopesmoker” Sleep to klasyk; rzecz w tym, że o ile Cisneros i spółka stworzyli rzecz posiadającą, mimo wszystko, pewne walory rozrywkowe i określaną często mianem najlepszego podkładu naznaczonych zielenią lotów, tak Bell Witch parają się sztuką grobową w atmosferze i wymowie, a „Mirror Reaper” to krążek o potężnym, przygniatającym (nie tylko dosłownie) ciężarze gatunkowym. Już odchodząc od aspektu przystępności – z taką formą w przeszłości mierzyło się wielu i w zasadzie właśnie stylistyka doomowa wydaje się być najbardziej naturalnym środowiskiem podobnych działań, patrz: Acid King, Boris czy niedawno Inter Arma.

Na śmiałków mierzących się z estetyką czyha wiele pułapek i drogowskazów wiodących na manowce. Z jednej strony, trzeba złapać za gardło na tyle mocno, by odbiorcę zaintrygować i niejako zmusić do dalszego wejścia w tę opowieść. Z drugiej – trzymać w niepewności, umiejętnie szafując napięciem i mocą. Tutaj to wszystko jest, ale odnoszę wrażenie, że naturalność i płynność nie wynikają wcale z długotrwałego cyzelowania, a wręcz przeciwnie: są owocem chwili, obrazem pewnego stanu duszy. Stan ten naznaczony jest cierpieniem i żalem, „Mirror Reaper” to bowiem swoisty hołd złożony współzałożycielowi grupy, Adrianowi Guerrze, tragicznie zmarłemu w 2016. I może zabrzmi to dziwnie, ale… w tych dźwiękach zamknięte jest czyste uczucie. To jest smutek przepisany na nuty, jego najwyższa postać, wzięta jakby nie z tego świata. Podobnie, jak Tartiniemu we śnie ukazał się diabeł, dyktując mu własną sonatę, jakby chciał powiedzieć ludziom „tu, macie, zajrzyjcie do mojej duszy, do duszy diabła”, tak Bell Witch wydestylowało nam smutek w czystej postaci. Nie ma nic ponad.Band

I chociaż niknięcie i powracanie niektórych motywów to intrygująca sprawa, charakterystyczna dla tak długich form, wielką wartością „Mirror Reaper” pozostaje przede wszystkim ciągła niepewność tego, co za rogiem. A wszystkie te momenty – czasami wręcz ze sobą kontrastujące – dzielą jedno uczucie, jeden żal. Są one obecne w czystych wokalizach i w niskim, przeszywającym warkocie, w momentach pełnych przestrzeni i w tych kruszących ściany przesterów. Podobne uczucie towarzyszy mi, kiedy słucham debiutu Pallbearer albo „Clearing the Path to Ascend” Yob. To jest soniczne katharsis, jakiś oczyszczający egzorcyzm, któremu mimowolnie się poddaję. Jedna z takich płyt, które czuje się całym sobą, niekoniecznie zaś analizuje, rozkłada na czynniki pierwsze czy umiejscawia w kontekście. Po prostu jest – zamknięty w dźwiękach destylat smutku. Godne pożegnanie zmarłego kolegi. I jeszcze jeden przykład na to, że bogowie sztuki najchętniej posilają się tragedią.

Adam Gościniak

Pięć