BEHEMOTH- Evangelia Heretika (Mystic)

Profesjonalizm, profesjonalizm, profesjonalizm… Nowe dzieło sztuki by Behemoth to przede wszystkim przykład wydawnictwa zapiętego na ostatni guzik, stawiającego zespołowi pomnik za życia. Można kręcić nosem, że zbyt rozdmuchany został ten balon, ale jakiż zespół nie chciałby postawić sobie na półce takiego DVD?

Na początek lista płac – trzy krążki. Pierwszy to zapis dwóch koncertów grupy, warszawskiego z września 2009 roku i o ponad rok młodszego gigu zagranego przez Behemoth w paryskim klubie La Locomotive. Drugi dysk to dokumenty z polskiej i amerykańskiej trasy zespołu, ujęcia zza kulis, rozmowy, życie w trasie a także zestaw wszystkich teledysków grupy. Dla fanatyków CD dołożono trzeci krążek z zapisem audio z ubiegłorocznego występu w Stodole, który możemy obejrzeć na pierwszym dysku. Oprawa zrobiona przez Graala pierwszorzędna, nawiązująca do okładki Ewangelii, skromna książeczka z fajnymi, czarno – białymi zdjęciami, pełny opis, zgrabna obwoluta. Doskonały produkt, będący małym dziełem sztuki, doskonale pasującym do domowej biblioteczki. Teraz czas na komentarze…

Przyznam się, że zanim ruszyłem z konsumpcją nowości, zapodałem sobie poprzednie tego typu wydawnictwo grupy, czyli „Crush Fukk Create”. Dzięki temu najlepiej widać nie tyle progresję co zmiany w mentalności zespołu, w podejściu do muzyki, do rozmachu w jej prezentacji.

Dzisiejszy Behemoth live to przede wszystkim o niebo „większa” produkcja, to w zasadzie wymarzony przez Nergala sceniczny teatr. Nie wiem, czy ktoś już dokonał porównań do Dimmu Borgir, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to ten sam kaliber w balansowaniu na granicy komercji i sztuki. Trudno nie dostrzec, że zespół chce być przede wszystkim profesjonalną maszyną zasuwającą po sto koncertów rocznie. Patrząc na to, co dzieje się na scenie i zestawiając z zakulisowym życiem, widać jak na dłoni, że dzisiejszy Behemoth zdecydowanie zrezygnował z typowych uciech a przynajmniej przestał je eksponować, jak to miało miejsce na „Crush Fukk Create”. Zamiast litrów alkoholu, głupawych dowcipów, kaca i dziwek mamy muzyków pijących herbatę, Nera jedzącego pomarańcze, Oriona w roli troskliwego masażysty i Inferno zamienionego w Dziadka. Jedynie Seth od czasu do czasu aż wyrywa się, by zaszaleć, jednak chyba wyraźnie (na potrzeby filmu?) zbanowano jego zapędy. Jednym słowem – wszystko w ryzach i aż ciśnie się na usta pytanie, czy aby ten wizerunek nie jest zbytnio wypucowany? Bo nawet jeśli dzisiejszy zespół to już nie takie gieroje jak przed laty, to próba zrobienia z nich rzemieślników, dbających jedynie o sprzęt i własną kondycję jest trochę dziwna. Tak, wiem, że granie takiej ilości sztuk musi wiązać się z żelazną dyscypliną, ale też i parę lat temu zespół nie grał drastycznie mniej. No cóż, jeśli chcemy zobaczyć kawał życia w trasie, i tak go zobaczymy, nawet jeśli brak ekscesów troszkę odejmuje pikanterii tym ujęciom. Bo trudno za takową uznać pokazanie gołego tyłka pewnego znanego muzyka i wydawcy czy autografy składane na biuście…

Brak adrenaliny poza sceną skutecznie wynagradzają za to dwa koncerty, pokazujące Behemoth w szczytowej formie. Tu nie ma miejsca na zmiłowanie, na pomyłki i znudzenie. Zespół na scenie prezentuje się perfekcyjnie, niczym absolutnie pewna swego maszyna. Nawet jeśli nie lubimy muzyki, ta potrafi porwać i przykuć na kilka kwadransów do ekranu. Perfekcyjna realizacja, większość hitów, kilka nowości z miażdżącym „Lucyferem” na czele, solo Inferno, precyzja i piekielna, death/black metalowa muzyka. Nergal doskonale dyryguje tłumem, cieszy się serce, widząc jak podporządkowuje sobie amerykańską publiczność (w dokumentalnej części…), jak jedzą mu z ręki żabojady, co dzieje się tuż za sceną, gdzie techniczni mają pełne ręce roboty. To już szczyt, pierwsza liga, gdzie nie ma zmiłuj się, nie ma miejsca na pomyłki i zmęczenie. O brzmieniu i jakości nie muszę mówić – screen: 16:9 PAL, dźwięk – dolby digital 5.1 & dolby stereo 2.0 i wszystko jasne.

Dla każdego fana Behemoth to wydawnictwo będzie skarbem, tym bardziej, że nie wiadomo, kiedy znowu zobaczymy zespół na scenie – to właśnie taka mała łyżka dziegciu, bo nikt chyba nie chce, by „Evangelia Heretika” stała się kamieniem nagrobnym formacji. Co można dodać? Dla każdego, kto uzna, że za bardzo słodzę, krótka odpowiedź – lubię Behemoth i lubię dobrze wydane koncerty. W tym przypadku nie ma się czego czepiać. No chyba, że zaczniemy wyszukiwać mankamenty typu brak możliwości wyboru kamery, brak filmowania poszczególnych muzyków, czy zbyt „dziki” montaż. Każdy znajdzie jakieś wady, wszystkim nie wygodzisz. Jeśli ma to być ostatnie dzieło, sygnowane logiem Behemoth, to lepiej nie mogli zakończyć. Coś jednak czuję, że Nergal jeszcze nam pokaże…

Arek Lerch –