BEHEADED – Beast Incarnate (Unique Leader)

Wśród wielu odmian ekstremy w metalu największym zainteresowaniem cieszy się black metal i jego ciągłe odkrywanie koła na nowo – każde dziecko to wie. Szkoda tylko, że efekty tych poszukiwań są różne. Często – po latach – wychodzi, że nie mieliśmy do czynienia z żadną rewolucją, a kiczem najczystszej wody. Ale takie rzeczy tylko w blacku. Death metal trendom się w pas nie kłania i mimo niezaprzeczalnie mniejszego grona odbiorców w wieku nastoletnim, stale porywa, broni się i twardo stąpa po nierównym gruncie. Przykłady takich kapel mógłbym mnożyć. Ot, Hate Eternal – formacja zasłużona na deathmetalowym poletku, aczkolwiek zawsze w cieniu, zawsze kilka rzędów za tymi ze złotego stołka, ale zawsze z klasą.

Nie bez kozery nawiązałem do Hate Eternal, gdyż maltańskie Beheaded w prostej linii bardzo wiele łączy z ekipą Erika Rutana. Koncepcja death metalu według twórców „Perpetual Mockery” jest prosta jak drut i nie zakłada żadnych półśrodków: destrukcja na wszystkie z możliwych sposobów. Ma być śmierć, hektolitry mułu i szeroko pojęty armageddon. Muzyka Beheaded – przy całej swojej dzikości – jest uporządkowana. Każdy szarpany riff, każda nawałnica blast beatów i żonglerka tempami ma swoje miejsce w szeregu i nie sprawia przypadkowej. Nie jest nowością, że w tak skrajnym łupaniu trzeba mieć nie lada umiejętności, by stale dryfować po oceanie pożogi, a nie w nim tonąć. Europejczycy mają czasami ciągotki w stronę technicznych obszarów metalu. Lubią złamać rytm, pławią się w nieoczekiwanych zmianach temp, stale prą do przodu w poszukiwaniu wymyślnych riffów, ale nie jest im obca zasada „less is more”. Gdy inna kapela z tego nurtu już dawno odpłynęłaby w niesmaczny onanizm instrumentalny, oni konsekwentnie rozwijają każdy kolejny motyw, który przeradza się w jeszcze następny. Daje to poczucie obcowania ze spójnym dziełem. Fani co bardziej pokrętnego death metalu z pewnością polubią „Punishment of the Grave” – siedmiominutowy moloch jeżący się od stale tętniących riffów i pracy perkusisty, który po sesji nagraniowej z pewnością musiał zagrzać miejsce w najbliższym szpitalu. Ku mojej uciesze, nie samą złożonością żyje „Beast Incarnate”. Ona jest tylko jednym ze środków do celu. A oprócz niej masa innych, równie ciekawych. W takim „The Horror Breathes” nie ma już miejsca na kontemplację poetyckich solówek – liczy się jedynie miarowe tempo headbangingu wywołane szalonym pędem tych chłoszczących riffów. Albo weźcie utwór tytułowy – blast beaty w niczym nie ustępujące wirującej pralce na najwyższych obrotach, stanowczo napędzają gitarową machinę, która w opętańczych prędkościach skutecznie topi stal. Całe wrażenie dźwiękowej apokalipsy mogłyby rozmyć solowe popisy gitarzystów – których tutaj sporo – ale na szczęście nikt na nich nie ucierpiał. Solówki duetu Brigo-Grech to jednak klasa światowa – zaawansowane technicznie, ale przy tym melodyjne i urwane w chwili, gdy już wiadomo, że wystarczy. Band

Takie krążki, jak „Beast Incarnate” nie powstają codziennie mimo bezsprzecznie wysokiej obecnie formy death metalu. Może i premiera tego krążka miała miejsce ledwie parę miesięcy temu, ale już wiem, że wrócę do niego wiele razy. Bo nagrać muzykę tak ciężką, zaawansowaną technicznie, a przy tym zapamiętywaną, to sztuka. A Beheaded tej sztuki dokonali i właśnie za to należy im się piątka.

Łukasz Brzozowski 

Pięć