BAYONNE – Primitives (City Slang/Sonic)

Trochę muzyki relaksacyjnej. Tym razem prosto z Austin w Teksasie. Tak, wiem, że relaks i Teksas jakoś nie idą w parze. Raczej można się spodziewać gorących, mocno podlewanych alkoholem imprez niż wycofania i spokoju, schowanego gdzieś między elektronicznymi zwojami. A coś takiego prezentuje ukryty pod pseudonimem Bayonne artysta.

Czyli Roger Sellers. Jak sam zainteresowany przyznaje, wydarzeniem, które pchnęło go w kierunku tworzenia muzyki, był koncert Erica Claptona, zaś idolem młodości był Phill Collins i jego popisy na perkusji. Trzeba przyznać, że nawet jeśli wspomniani artyści wywarli na Sellersa wpływ, to raczej na „Primitives”, debiutanckim albumie Bayonne, są nie wychwycenia. Dominuje przyjemnie zaaranżowana, rozlewająca się po synapsach elektronika, złożona z gromadzonych skrupulatnie latami loopów, brzmień i melodii.bayonne

Wbrew tytułowi, nie jest to prymitywna muzyka. Las dźwięków, z których wyłaniają się poszczególne tematy, wolno płynąca rzeka elektronicznych iskrzeń, gdzieniegdzie zamieniających się we frazy fortepianu („Appeals”). Podskórny puls, rozedrgane pejzaże. Zimna elektronika, która powoduje, że człowiek staje się rozleniwiony. To nie żadne tam new age, ale bardzo dobrze skrojone, wielowarstwowe kompozycje, które zachowują zdrowe proporcje między wyciszeniami a mocniejszą pulsacją maszyn. Roger popisuje się dużym wyczuciem w łączeniu w całość palety swoich pomysłów, przez co muzyka płynie w niewymuszony sposób, bez niepotrzebnych tąpnięć  i załamań. Od  czasu do czasu pojawia się też bardziej naturalny puls, zdradzający skłonności Sellersa, jak np. w „Omar”, plemiennie pohukującym bębnami. Trans staje się niepostrzeżenie naszym przyjacielem i bardzo łatwo odlatujemy. Pomaga w tym zresztą konstrukcja płyty, łącząca wszystkie numery w całość. Bezpretensjonalna, łagodna dla umysłu wycieczka. Relaks…

Arek Lerch

Cztery i pół