BATTLES – La Di Da Di (Warp Records)

Jak daleko panowie z gitarami uwieszonymi u brody są w stanie zabrnąć, aby pięknie wyróżnić się spośród innych panów z gitarami? Nie prościej rzucić w cholerę ten kawałek drewna i ułatwić sobie życie porządnym sekwencerem, z którego i tak pewnie korzystają? Ale przecież nikt nie powiedział, że musi być łatwo. Czasami na ograniczeniach jesteśmy w stanie zbudować rzeczy wielkie. Albo przynajmniej takie, o których warto by napisać.

„La Di Da Di” może być kolejnym etapem studiów nad funkcjonalnością gitary, choć ta pełni tutaj raczej funkcję służebną wobec rytmu oraz struktury utworu i tym samym przekierowuje muzykę rockową w rejony tanecznego Chemical Brothers albo funkującego „Head Hunters” Herbiego Hancocka. Z jednej strony, Battles są niczym wielcy konstruktorzy, składający z błahych nutek potężne instalacje dźwiękowe, a z drugiej – kojarzą mi się z nic nie znaczącymi mechanikami, którzy tylko obsługują robotyczny, zaprogramowany mózg. W obrębie muzycznych poszukiwań Battles natrafiamy na proces samoograniczania się, który stanowi formę świadomej ucieczki przed rockowym rozpasaniem. Dlatego ludzkim i naturalnym dążeniem do rozprężenia wzgardzono i zamiast uczłowieczonego rocka stworzono jego elektroniczną, a w efekcie infantylną wersję, która zmęczyła mnie tak, jak zmęczyć może długa dziecięca wyliczanka. Battles wyrzucił wszystkie leksykony rocka, a w ich miejsce implementował wokabularium małego dziecka, które duka, stosując nietypowe „dla dorosłych” interwały i zapętlenia dźwięku. Inaczej rzecz obrazując, „La Di Da Di” jest powrotem gry wideo, w której możemy policzyć na ekranie wszystkie piksele. Battles poklatkowo pokazuje z czego składa się jego muzyka, ubiera i rozbiera ją z dźwięków na naszych oczach. Taki swoisty redukcjonizm muzyki rockowej spodobać się może fajnie wyalienowanej młodzieży, gdy muzycznej abstrakcji nie trzeba przeżywać w tradycyjny sposób, z piwem w ręku i śliną na brodzie.Battles band

Poza słyszalną tutaj perfekcją wykonawczą, za którą odpowiedzialni są m.in. John Stanier (Helmet) i Ian Williams (Storm & Stress), te schludne, nowoczesne dźwięki są dla mnie emocjonalnie obojętne. Tego rodzaju „walory” nie niosą ze sobą takich treści, których szukam w muzyce. Rzecz jasna, zawsze znajdą się tacy jak ja, którzy chcą zachować stary porządek (Beethoven>Ramones), który zastępował poprzedni (Bach>Beethoven). Tacy jak ja nie zrozumieją eksperymentu Battles (ich zdolność pojmowania kończy się na Bloc Party), choć może docenią ich wizję, wkład pracy i swego rodzaju nowatorstwo (pod warunkiem, że obce są im dokonania Henry Cow czy Ahleuchatistas). Ale według osobistej gradacji muzyki, którą wielu z nas posiada, Battles są tylko najlepszymi na świecie fachowcami od śpiewania „La Di Da Di”.

Kuba Kolan

Cztery