BASEMENT – Promise Everything (Run For Cover)

Od paru lat zastanawiam się dlaczego Artur Rojek nie jest zakochany w katalogu Run For Cover Records. Skoro shoegaze i pochodne są tak mocnym punktem jego festiwalu, młodzież powinna dostać swoje szansę, nie ważne czy będzie to dreampop, lo-fi czy miks hc i grunge. Ta ostatnia mieszanka od jakiegoś czasu wyznacza trendy, ale brzmienia z lat 90., gdzie najmniej liczył się riff a raczej romantyczna aura kompozycji, wracają jak bumerang. Odkryli to panowie z Title Fight, robią to nie mniej wielbieni przez słuchaczy Brytyjczycy z Basement.

Panowie zanim zabrali się do komponowania swojego bodaj najlepszego jak dotąd dzieła, zrobili sobie oficjalną przerwę od grania, smucąc przy tym niemałą część globu. Nie ukrywam, że rozpad aka zawieszenie działalności aka zebranie pomysłów tegoż zespołu był jednym z największych rozczarowań 2012 roku. Na całe szczęście, chłopaki poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia. I jeśli będą kiedykolwiek smucić, to muzyką, przepełnioną nostalgią, sentymentem i pożądanym nie tylko w czasie jesieni ciepłem. Stąd ponownie odbiję piłkę w stronę naszego Offa – dlaczego Basement, Citizen, Cloackroom oraz ostatnia ultra sensacja – Pinegrove – nie mogą przebić się nie tyle do Polski, co na wschód Europy? Gwarantuję, że słuchaczy mają całe zastępy, a jednak, okazuje się, że przed tymi wszystkimi genialnymi ekipami stoi potężna ściana zwana, jak zwykle, rynkiem muzycznym i jego mechanizmami, co stało się jedną z przyczyn rozpadu grupy. Pomimo sukcesów za Oceanem, liczy się to, co osiągniesz w Europie bo tu są pieniądze, to tu gra się koncerty i to właśnie tu rozwija się muzyka, co przytomnie uświadomili sobie panowie Ipswich. Z drugiej strony, grając dźwięki totalnie odstające od sceny hardcore, obecnie grają trasy z Turnstile czy Defeater, więc bądź tu czytelniku mądry o co w tej zabawie chodzi. Jedno jest pewne, pomijając aspekty wizerunkowo-finansowe, w Basement przede wszystkim chodzi o dobrą gitarową muzykę.B band (1)

„Promise Everything” mianuję zwieńczeniem dotychczasowej działalności. Syntezą wszystkich pomysłów i brzmień za które ich pokochaliśmy, a zwrot w stronę shoegaze tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż jeszcze nie raz – nie mam na myśli tylko tego zespołu – będziemy wracać pamięcią do lat 90. Zresztą, kwintet firmowany przez braci Fischer wielokrotnie podkreśla jak bardzo „tęsknią” za muzyką sprzed dobrych 20 lat, stąd ostatnia seria coverów, w tym „School” od Nirvany. Wybór akurat tego utworu nie tyle dziwi, co nijak nie koresponduje z twórczością Basement, ale może właśnie o to chodzi? Żeby mimo wszystko zaskoczyć i wzmocnić powiązania z dźwiękami z ubiegłego wieku?

Wróćmy do samego albumu. Panowie wybitnie dobrze czują się w średnich tempach, kurczowo trzymając się formuły z „Colourmeinkidness”, z rzadka zbaczając na mocne tory (wyjątek „Submission”), i nie ukrywam, że jest to strzał w dziesiątkę. Na pierwszym planie liczy się już pozbawiony agresji, czysty, wciągający głos Andrew Fishera, który w moim odczuciu czyni z Basement twór absolutnie wyjątkowy. Swego czasu uważałem, że frontman śpiewa dość niechlujnie, celowo będąc nieco obok muzyki, dziś sytuacja się odwróciła i gitary są istotnym, ale tylko tłem do popisów wokalisty. Posłuchajcie sami i dajcie się zwariować na ich punkcie. Mało który zespół na to zasługuje, a oni są niezaprzeczalnie jednym z nich.

Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć