BARONESS – Purple (Abraxan Hymns)

O Baroness jeszcze nigdy nie mówiłem, nie pisałem ani nie pomyślałem źle, i tym razem będzie podobnie. Zespół, który niejako wypłynął na kanwie sukcesu Mastodon, jest bardzo bliski mojemu sercu – i wcale nie za „Red” czy „Blue” z osobna. Zwyczajnie, muzycy z Savannah grają dźwięki nośne, kojące i mocno zakorzenione w latach 70., a to wystarczająca rekomendacja, aby traktować ten zespół poważnie i z radością oczekiwać kolejnych nagrań. Najnowszy album, czwarty w karierze prog metalowców jest rozwinięciem stylu z Yellow & Green, urozmaiconym o znacznie śmielsze wycieczki w brzmienia sprzed kilku dekad i w tym miejscu chcę zaznaczyć, że to najlepsze co mogli zrobić.

Album składa się z raptem dziesięciu utworów, które śmiało można określić mianem oczyszczających po tragicznym wypadku drogowym w jakim zespół miał nieprzyjemność uczestniczyć. Wizja „Purple” często stawała się zamglona, a w pewnym momencie, muzycy mieli zamiar porzucić prace nad czwartym krążkiem. Coś jednak podkusiło Baizleya i spółkę aby spróbować ponownie i rozgoryczenie przeciwnościami losu przekuć w muzykę. Ta, jak się okazuje, ma wymiar niemal terapeutyczny, podobnie jak quasi-mainstreamowe „Yellow”, będące istnym balsamem dla zmęczonych prozą dnia codziennego. Celowo nawiązuje do tamtego albumu, zwłaszcza jeśli chodzi o przebojowość. Ten pierwiastek twórczości Baroness to zasługa super utalentowanego frontmana i nawet gdyby panowie nagle zaczęli grać thrash metal pewnie dalej byłoby „z kim” i „o czym” śpiewać. Żeby się o tym przekonać wystarczy posłuchać jednego z dwóch absolutnych hitów, z początku leniwie rozkręcającego się „Try To Dissapear” z genialnie zaciągającym Baizleyem i walącym po pysku jak nigdy basem. Numer dwa, o którym piszę, to następne w kolejności, mocno odstające klimatem „Kerosene”, będące mrugnięciem oka w stronę wspomnianego we wstępie Mastodona. Zresztą, panowie zawarli w dziesięciu numerach tyle pomysłów, tematów i energii, że Brann Dailor i koledzy mają im czego zazdrościć.Baroness_0T5A2271Final

Po takiej tragedii nie sądziłem, że nagrają tak żywiołowy, brudny i miejscami chaotyczny album, a co za tym idzie, chyba najlepsze dzieło w karierze, które cechuje się monstrualnym rytmem, zaskakująco wysuniętym do przodu basem, jawnym czerpaniem z psychodelicznych dokonań gigantów rocka („If I have to wake up”), a co najważniejsze, perfekcyjnym balansem między pozostaniem, przynajmniej w kwestii brzmienia w undergroundzie, a festiwalowymi zapędami w refrenach. Ja to kupuję.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół