BARING TEETH – Ghost Chorus Among Old Ruin (Willowtip)

Macie dość dysonansu i awangardy wśród death metalowych tytułów? Zeszły rok był jednym z najbardziej owocnych w historii omawianego gatunku, najwięksi tego światka wydali bardzo mocne albumy, pełne nieprzewidywalnych rozwiązań i nieznośnej maniery gry. By tego było mało, na zakończenie został ostatni z wyczekiwanych przeze mnie z zapartym tchem molochów – Baring Teeth, jeden z najbardziej odpowiedzialnych spadkobierców tego, co pozostawił po sobie Gorguts na legendarnym „Obscura”.

„Ghost Chorus Among Old Ruin” idealnie wpasowało się we wczesno-zimową aurę, bo zarówno klimat panujący za oknem jak i najnowszy materiał Baring Teeth solidnie dają w kość. I z ręką na sercu stwierdzam, że jest to płyta roku – ale najtrudniejsza. Zespół zadebiutował w 2011 roku płytą Atrophy, prezentując dojrzałą postawę tworzenia i bogatą pomysłowość, tym samym klasując się na pozycję wyróżniającą wśród zapalonych rzemieślników współczesnego, niekonwencjonalnego łojenia w struny i bębny. I tutaj jest pies pogrzebany, bo o tę niecodzienność chodzi – zbyt duża różnorodność w dzisiejszych czasach może równie drażnić tak jak wtórna pospolitość. Wchodząc na jeszcze wyższy poziom muzycznej abstrakcji Baring Teeth o mały włos przekroczyło granicę zdrowego rozsądku i umiaru. Bo choć jestem przekonany o świadomym wykorzystaniu zasobu swego nietuzinkowego potencjału to chyba aż zbyt pewnie panowie rozdają karty.

I niby wszystko brzmi tutaj jak kontynuacja, jakby każdy element został w nietkniętym stanie to jednak różnic jest wiele i to takich szczypiących w uszy. Nie posądzam nawet zespółu o celowe manewrowanie formą i przekładanie jej ponad treść, o dołożenie dodatkowych kilogramów balastu i utrudnianie słuchaczowi życia. Problem w tym, że brakuje tutaj linii fabularnej, budowania atmosfery, jaką zostałem obradowany na pierwszym krążku. Właściwie może to być też główna zaleta albumu, może to manifest podążania indywidualną ścieżką. Po prostu za szybko dostaję danie główne w postaci „Mountain”, utworu totalnego, który stanowi kulminację najciekawszych pomysłów zespołu. Potem już tylko czeka wspinanie się pod górę, mozolne, z przystankami na zawiązanie buta i łyk wody (fragmenty „Terra Nullius” czy „The Unwilling”). Właściwie to mogłem spodziewać się tych rewelacji, bo pamiętam słowa, jakie pojawiły się rok temu na facebookowym fanpage’u grupy – materiał będzie „druzgocąco ciężki i woooolny.” Ciężko, jak wspomniałem, jest, wolno za to podnoszę się z ziemi po każdym seansie tej muzyki. BAring Teeth Band

Czy Baring Teeth nieco zagalopował się w swej ekspresji? Możliwe, ale czy to źle? Chyba lepiej zagalopować się dobrym stylu, niż z umiarem skopać sprawę. Jest to trochę przekombinowane, prawda, muszę nazywać sprawy po imieniu, zważywszy na moje umiłowanie względem Baring Teeth. Debiut to geniusz, drugi longplay to młodszy brat geniusza, który za wszelką cenę chce nadążyć za starszym bratem, zmuszając się do różnych, nawet tych najbardziej radykalnych sposobów. Morał jest taki, że choć starania nie osiągają zamierzonego celu to w tym wyścigu nie ma mowy o jakimkolwiek przegranym. W formie puenty chciałbym życzyć wszystkim tym, co swoją przyszłość wiążą z zaskakiwaniem słuchacza niedościgniętą w swej rozbudowanie techniczną formą i metaforyczną treścią, żeby w tak piękny i intrygujący sposób jak dokonali tego panowie z Baring Teeth potrafili przekombinować swoją muzykę – jak już muszą, oczywiście.

Adam Piętak

Pięć