BARING TEETH – Atrophy (Willowtip Rec.)

Wprawdzie cenię sobie prostotę, lubię rock’n’rolla i dwa riffy na krzyż, to jednak od  czasu do czasu wracam do fascynacji muzyką połamaną i nieprzewidywalną jak polskie drogi. „Atrophy” formacji z Dallas to właśnie taka jazda nocą, drogą krajową A1. Wiecie o co chodzi? O całą masę niespodzianek.

Baring Teeth kupił mnie już składem – od zawsze uwielbiałem trio jako najlepszy układ w kreowaniu muzyki przekraczającej aranżacyjne granice. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że BT swoich kawałków nie aranżują, jednak cały czas myślę sobie, że dużo w tym szaleństwa, wykraczającego poza ramy zdrowego rozsądku. Każdy kawałek z „Atrophy”  to  piramida pomysłów – rytmicznych, harmonicznych i konstrukcyjnych. Słychać, że muzycy mocno fascynowali się sposobem komponowania stosowanym przez mistrzów z Dillinger Escape Plan – te wszystkie gitarowe odjazdy, szalone biegniki („Distilled In Fire”, „Vestigial Birth”, „Anti – Holy”), połamane unisona wydają się być znajome. Czasami zespół nieco zwalnia, zapadając się w bardziej klimatyczne dźwięki („Scarved Fingertips”), jednak i tak nie zapomina, że trzeba odpowiednio podkręcić atmosferę. Płytę zamyka kompozycyjny majstersztyk – dwunastominutowy kawałek „Tower Of Silence”. W zasadzie można powiedzieć, że zespół zgromadził tu całe swoje doświadczenia, bo jest i szaleństwo, jest i cisza, a sposób, w jaki buduje tę katedrę hałasu to już ekstraklasa i muzyczna akademia.

Żeby nie było tak słodko od całej, mistrzowsko wykonanej muzyki odstaje wokal. To jedyny, ortodoksyjnie monotonny, element płyty, który może nieco drażnić. Oczywiście, pan ma parę w płucach, ale za mało inwencji w aranżowaniu swoich partii. Inna sprawa, że przy takiej muzyce sam Patton musiałby się trochę napocić. Jeśli lubicie Don  Caballero, Anoraka, Converge i Dillingera, możecie spokojnie dołączyć do kolekcji paranoiczny, death – jazzowy „Atrophy”.

Arek Lerch 

Pięć