BANISHER – Oniric Delusions (Deformaething Records)

Zaskoczenie z reguły wiąże się z czymś niespodziewanym, niecodziennym, wyłamującym się z nudnej rutyny. Jednak paradoksalnie zaskoczenie bywa też oczywiste. Takim właśnie paradoksem dostałem w twarz przy okazji lektury nowego krążka Banisher. Otrzymałem materiał całkowicie oczywisty i zgodny z tym czego oczekiwałem, ale z drugiej strony mocno zaskakujący poziomem i dojrzałością. Tak, dobrze przeczytaliście. Banisher to dziś formacja świadoma jak nigdy dotąd. Zespół, który do tej pory nie wyróżniał się jakoś szczególnie na tle innych technicznych death metalowców, dziś daje nam płytę, która z niczym nie odbiega od wydawnictw gatunkowych gwiazd, ale głównie skupia się na autorskim ujęciu tematu. No cóż, moim skromnym zdaniem będzie to jedna z ciekawszych premier na polskiej scenie…

„Oniric Delusions” to materiał, który świetnie obrazuje drogą jaką przeszedł Banisher od pierwszych materiałów jakie ujrzały światło dzienne. I to pod każdym niemal względem. Nie ujmując nic nikomu, pierwsze płyty zespołu były wręcz boleśnie klasycznym przykładem uwielbienia do idoli, które przekłada się na muzykę ciekawą, dobrze zagraną, ale cały czas mocno nawiązującą do „dzieł zebranych” gatunkowych bogów. Takie to prawo młodości – nawet jeśli nie masz zamiaru grać riffów jak Hate Eternal czy inny Dying Fetus to same wychodzą spod palców. Ale to nawet dobrze. Ten czas gdy zespoły nagrywają pierwsze płyty, uczą się, zbierają inspiracje jest potrzebny. Dziś miejsca na wizjonerów już nie ma zbyt wiele dlatego czytelne nawiązania są kwestią oczywistą i w rzeczy gruncie chyba nawet akceptowalną. Mimo tego, że dwie pierwsze płyty Banisher zebrały na scenie dużo pozytywnych opinii, osobiście oceniałem je raczej dość nisko głównie przez to, że były bardzo zorientowane na sprzyjanie gatunkowym kanonom i miłostkom muzyków do idoli. Dlaczego piszę o tym w kontekście trzeciego albumu grupy? Otóż odpowiedź jest bardzo prosta – „Oniric Delusions” wgniótł mnie w fotel i mimo iż słucham tej płyty od kilku tygodni to nadal trudno mi jest skrytykować ją w sposób zasadniczy. A właściwie to taka zasadnicza krytyka jest tu zupełnie niepotrzebna. Banisher 2016

Trzeci album Banisher to bardzo zgrabnie skonstruowana, death metalowa forma. Główny nacisk jest tym razem położony na wielowymiarowość muzyki, więc tak naprawdę jednego toru, na którym rozwija się płyta nie ma. Oczywiście, punktem wyjścia jest tu techniczne ujęcie death metalowego tematu. Dzisiaj zespołowi najbliżej jest chyba ostatniej płyty Hate Eternal, ale nie jest to w żadnym stopniu porównanie a jedynie lekka impresja co do stylu w jakim muzycy sieją muzyczny zamęt. A na płycie dzieje się naprawdę dużo. Niby to tylko siedem kompozycji, które trwają łącznie około pół godziny, ale zespół postarał się o to by czas ten mijał bardzo szybko. Banisher dba, by każdy numer żył i rozwijał się wielowątkowo. Szybkie, oparte na ciętych frazach gitar tempa, przeplatać się będą z charakterystycznymi dołami i przestrzenią. A wszystko w formie bardzo selektywnego i organicznego brzmienia, które świetnie wydobywa z dźwięków konieczne w gatunkowym credo mięcho. Podobno proces postprodukcji trwał dość długo, ale efekt jest naprawdę znakomity. Podoba mi się to, że nie jest to sterylna dawka zimnego brzmienia a brutalny, techniczny wygar, który oprócz tego, że potrafi być niebywale subtelny, najczęściej atakuje ciężarem i mocą w tego typu produkcjach spotykaną nieczęsto.

Brzmienie, kompozycje, aranże, wokal wszystko tu reprezentuje poziom, który niczym nie odbiega od światowej ekstraklasy takiego grania, ale prawdziwą siłę tej płyty stanowi jej charakter czyli ciągłe acz bardzo naturalne parcie w kierunku wzbogacania dobrze znanego kanonu o elementy autorskie. Można tak jak niżej podpisany nie przepadać za technicznym death metalem (a głównie jego twarzą z ostatnich lat…) lecz kunszt z jakim w gatunku odnajduje się Banisher docenić trzeba. „Oniric Delusions” to masa doskonałych riffów, ciekawych tematów gitarowych upchniętych w nawałnicę blastów i często bardzo rockowo zabarwionych solówek. Album ma właściwie tylko jedną wadę – na premierę musicie poczekać do września, możecie być jednak pewni tego, że gdy płyta już trafi w Wasze ręce długo nie będziecie mogli oprzeć się przemożnej chęci obcowania z nią.  Mocna rzecz…

Wiesław Czajkowski

Zdjęcie: DominikaSwr Photography

Pięć