BANE – Don’t Wait Up (Equal Vision)

O zmarłych źle się nie mówi, tak uczyła mama. Nie wiem czy już można mówić o nich w czasie przeszłym, ale sam zespół niedawno zapowiedział, że będzie to ich pożegnalna płyta. Czy szkoda? Trochę na pewno, tym bardziej, że stworzyli kilka bardzo dobrych albumów i znani byli z żywiołowych koncertów, gdzie dzieciaki skakały ze sceny jak po soku z gumijagód, a cała sala śpiewała z nimi. Longplay o tytule „Don’t Wait Up”, nie odbiega za daleko od wcześniejszych nagrań, a nawet wnosi, co prawda niełatwy do zdefiniowania, świeży powiew w historii Bane, która już powoli dobiega końca.

Nic nie trwa wiecznie i na każdego przyjdzie pora; decyzja o zakończeniu działalności zespołu pewnie do łatwych nie należała, ale z pewnością mogę stwierdzić, że mieli żelazne ku temu powody. Życie. Chłopaki najmłodsi już nie są, ale co daje się odczuć od momentu odpalenia tego longa, to młodzieńczy duch, którego nie stracili na przełomie tych wszystkich lat. Słychać tam stary, dobry Bane, czyli jest power, chóralne zaśpiewy, emocje, ale i towarzysząca im od początku pewna melancholia. Na „Don’t Wait Up” jest dokładnie wszystkiego po trochu, mam też dziwne odczucie, że jednak jest ciut więcej ciężaru i chwytających za serducho melodii, niż wcześniej, ale chyba wiadomo „o co cho”. W piosence „Calling Hours”, występuje gościnnie kilku wokalistów, między innymi David Wood (Terror, Down To Nothing), albo Walter Delgado (Rotting Out), a Reba Meyers, z Code Orange Kids, śpiewa prawie jak Kate O’Eight w ich przeboju wszechczasów „Can We Start Again” z płyty „It All Comes Down To This”. Łezka aż się zakręciła w oku. Jest też kilka niebanalnych rozwiązań gitarowych jak choćby w „Non-Negotiable”, promowanym „All The Way Through”, czy „Lost At Sea”. „Wrong Planet” to same emocje, a kończący „Final Backward Glance”, całkiem mocny track, ale jego tytuł mówi sam za siebie.Bane Band

Bane to zespół nieprzeciętny. Nieprzeciętny wokalista. Od momentu powstania po dziś dzień związani z wytwórnią Equal Vision Records. Mam tylko nadzieję, że przez ich wybór nie powstanie jakiś sztuczny kult, wszystkie dzieciaki będą nagle słuchać Bane i lać krokodyle łzy, jak na ostatniej trasie zespołu Have Heart, który ogłosił upadłość parę ładnych lat temu, gdzie brakowało tylko pluszowych misiów rzucanych w kierunku sceny. Żenada. Fakt faktem, mogli czasem dać powody do znudzenia sobą, grając tyle koncertów, gdzie bez ruszania tyłka z miasta można ich było zobaczyć na żywo kilka razy w roku i to praktycznie z tym samym repertuarem. Ale dość narzekania. „Don’t Wait Up” broni się mimo tego, zawiera to co zawierać powinien każdy zacny, hardcorowy album, czyli czystą, pobraną z otoczenia energię, krew, pot, łzy i 2 łyżki przebojowości, po to aby podnieść na duchu, śpiewając sobie pod nosem w chujowych momentach, jakich przecież w życiorysie nie brakuje. Cieszę się jedynie z tego, że dosłownie i w przenośni, zejdą ze sceny, jak w kawałku Perfect – „niepokonani”. Czapki z głów.

Sam Tromsø

Pięć i pół