BAD RELIGION – True North (Epitaph)

Przyznam się bez bicia, że nie byłem wielkim fanem Bad Religion, chociaż znam i takich, niby nic w tym złego i dziwnego. Ten zespół wcześniej nigdy specjalnie mnie nie przekonał, albo zwykle było coś ciekawszego pod ręką i nie czułem ciśnienia, by się jakoś wybitnie nimi podniecać. Z upływem lat zdarza mi się jednak częściej, niż kiedyś miałem w zwyczaju, sięgnąć po którąś ze starszych płyt, aby dać chwilę spokoju skołatanym nerwom. Doceniam niezmienny od lat wokal Grega Graffina, wspaniale, że gra z nimi Brian Barker z legendarnego Minor Threat, skupmy się jednak na meritum. Najnowszy, szesnasty w dyskografii album pt. „True North” wychodzi za sprawą, zresztą nieprzerwanie od 2002 roku, Epitaph Records, a na owym krążku znajduje się dokładnie 16 skocznych i melodyjnych, punkowych pieśni; najprawdopodobniej część z tego materiału można będzie sprawdzić nie później niż 12 sierpnia w Stolicy, na jedynym koncercie w Polsce.

Zacznijmy od tego, że zdecydowanie jestem zwolennikiem mocniejszego uderzenia, a jak wiadomo Bad Religion tłuką porządnego punka, co zresztą cieszy, robią swoje bez kompleksów i tyle, ale przez to – przynajmniej u mnie – trochę przegrywali z wieloma kapelami z okresu ich powstania. „True North” też specjalnie nie zmieni obrazu zespołu, mamy tutaj wręcz do czynienia z istną, punk rockową krainą łagodności, czyli sporo melodii, czystych jak łza wokali, chórków, wszystko lekkie, łatwe i przyjemne w odbiorze. Super brzmienie i nienaganna produkcja, ale nie ma się co dziwić, skoro mówimy o weteranach sceny, mogących pozwolić sobie na takie luksusy. Tu pojawia się jednak problem – zastanawiam się, czy prawdziwi fani starej szkoły mają ochotę na następny soft LP, nie wyróżniający się niczym szczególnym i nie twierdzę wcale, że chłopaki musieliby nagle wmontować w swoje granie tony sampli, elektroniki, zaprosić Lil’ Wayne’a, czy cholera wie kogo jeszcze, kto jest teraz na topie, co pomogłoby uskutecznić uprawiany od trzydziestu kilku lat gatunek. Bynajmniej.

Album zaczyna się od tytułowego kawałka i leci sobie płynnie i spokojnie do samego końca, są lepsze i słabsze momenty, w porządku, ale ogół nie zostawia, niestety, porażającego wrażenia. Jest tam co prawda parę niezłych piosenek, np. „Robin Hood In Reverse”, „Fuck You”, „Dharma And The Bomb”, czy kończący „Changing Tide”, kilka mniej, lub bardziej chwytliwych refrenów i solówek, ale chyba tylko tyle dobrego mogę powiedzieć. Liczyłem na więcej, na conajmniej jeden hymn, który wpadnie w ucho i dosłownie wyrwie mnie z trampek, ale nawet jeśli jednym wpada to drugim wypada. Niektóre piosenki zostawiają sporo do życzenia, lub kończą się w niespodziewanym momencie i mam poczucie, że ktoś ni stąd ni zowąd zgasił światło. Brakuje tam tej punkowej przebojowości, do której się przyzwyczaiłem i jakby to źle nie zabrzmiało – pomysłu, pomimo prób utrzymania stylu, biorąc pod lupę ich wcześniejsze dokonania i możliwości. O, zapomniałbym, bardzo podoba mi się oprawa graficzna, jeśli to kogoś pocieszy. Po każdym kolejnym odsłuchu jest niby minimalnie lepiej, coś zostaje w głowie, ale dalej bez szału, nie ma nad czym piać z zachwytu. Zdecydowanie za dużo skate, żeby nie przesadzić – pop punka, i jeśli panowie myśleli, że tym razem uda im się skopać kilka tyłków, z przykrością stwerdzam, że nic z tego. Ta płyta przypomina poniekąd pogodę za oknem, jest ładnie i świeci słońce, ale niskie ciśnienie sprawia, że chce mi się przy niej po prostu zdrzemnąć. Sorry.

Sam Tromsa

Trzy i pół