BAD LIGHT DISTRICT – Science of Dreams (Music Is The Weapon)

Wprawdzie trafiłem na Bad Light District dopiero przy okazji wydania niniejszej, trzeciej już płyty, był to jednak przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bo muzyczny potencjał krakowskiego zespołu to coś unikatowego w świecie goniącym na złamanie karku i przykład jak za pomocą kilku dźwięków osiągnąć niespotykaną głębię. To także triumf dobrze wykorzystanego, tradycyjnie rockowego instrumentarium, które w rękach tych muzyków pokazuje, że jeszcze nie wszystko zostało opowiedziane.

Bad Light District, wychodząc od estetyki wyspiarskiego indie rocka zapłodnionego nowofalowym zimnem, nie przyjmuje postawy ponurego proroka, nie próbuje też wirtualnej reanimacji Iana Curtisa. Owszem, ów mrok, czy też raczej smutek jest tu ciągle obecny, podobnie jak shoegaze’owe wycofanie poza ścianę instrumentów. Największym dobrem zespołu jest umiejętność tworzenia piosenek, które posiadają melodyczny kręgosłup i potrafią na dłużej zaczepić się w uchu. Z drugiej strony, BLD świadomie unika schematu i próżno szukać tu aranżacji typu „zwrotka-refren”, choć zanucić przy goleniu można praktycznie każdy kawałek. Do muzyki dorzucono szczyptę psychodelicznego rozedrgania a wszystko zamknięto transową klamrą. Dzięki temu zespół bez większych problemów potrafi złapać słuchacza w swoje sidła , hipnotyzując i z każdym numerem wciągając w swój własny, zawieszony gdzieś w przestrzeni świat.bld_03

Osobiście uznaję, że płyta rozpoczyna się dla mnie od kawałka „El Pato”, który stał się czymś w rodzaju wizytówki grupy. Oszczędny, monotonny rytm, pojedyncze uderzenia gitary tworzą nieco bluesowy podkład pod stonowany, senny śpiew. Pozornie banalna, wlokąca się kompozycja ma taką siłę rażenia, że nie można od niej się oderwać. Pobrzmiewa tu maniera Cave’a, jest smutek i umiejętność trzymania na wodzy instrumentów. Zespół nie boi się bardziej tanecznych tematów („Table Leg” czy „Just Smile and Wave”), potrafi przykuć uwagę niesamowitą harmonią (editorsowo brzmiący „Digital State of Mind”), jest rozmarzony, ale jednocześnie niepokojący, tak jak w zawieszonym, narkotycznym utworze tytułowym. Wreszcie żegna się ze słuchaczem w miażdżącym stylu, bo ośmiominutowego „Spiritual Machines” mogą krakusom pozazdrościć muzycy Kristen. Długi, rozedrgany temat, będący apoteozą swobodnego, naturalnie rozwijającego się transu, z piętrzącymi, nakładającymi się na siebie brzmieniami gitar.

Przyznam, że ta niepozorna, introwertyczna w sumie płyta jeszcze długo będzie trzymała mnie w swoich objęciach. To ciekawe, bo w zasadzie nie ma tu niczego, szczególnie agresywnie zabiegającego o względy słuchacza; mam wręcz wrażenie, że zespół mając spore możliwości, celowo unika zbytniego natłoku, woląc zarzucić temat, stłumić instrumenty, by pozostać w swoim tajemniczym świecie. Doskonała porcja muzyki do tańca i celebrowania małych smutków.

Arek Lerch

Sześć