AVENGED SEVENFOLD – Hail To The King (Warner Music)

Jedną z partykularnych potrzeb ludzkości jest ciągłe poszukiwanie wzorców, kamieni milowych, swoistych punktów triangulacyjnych, wg których można określać własne życie i osiągnięcia. Podobny system obowiązuje także w muzyce, gdzie nagminnie – zarówno ze strony fanów jak i kreatorów tego biznesu – szuka się kolejnych odkryć, które puentować będą obowiązujące standardy czy wyznaczać nowe mody. Najnowsza płyta Avenged Sevenfold to właśnie taki przykład histerii – krytycy już zdążyli okrzyknąć „Hail To The King” nowym modelem klasycznie metalowego albumu, kumulującego najlepsze cechy gatunku. Z czym oczywiście można się zgodzić, choć niekoniecznie trzeba się z tego cieszyć.

Zupełnie prywatnie „Hail to the King” jest dla mnie swego rodzaju potwierdzeniem teorii, że hardcore’owcy w dużej części są kryptometaluchami, którzy z braku technicznego zaplecza grają to co grają, a kiedy wreszcie się dokształcą, czym prędzej wskakują w metalowe szatki. Metalcore’owa zawierucha udowodniła powyższą teorię ponad wszelką wątpliwość, a opisywana płyta stanowi tejże ewidentne potwierdzenie. Avenged Sevenfold na poziomie debiutu „Sounding the Seventh Trumpet” był niczym innym, jak tworem czysto metalcore’owym, dość wtórnym, dodać należy. Najnowsze, szóste w karierze dzieło jest całkowicie, bałwochwalczo wręcz metalowe, do szpiku kości klasyczne i odarte z najmniejszej chociażby naleciałości spoza gatunku. Zespół musiał wykonać morderczą pracę, by odessać wszystko, co nie jest kojarzone z metalem, maniakalnie wręcz przyswoić klasykę stylu i konsekwentnie zbudować zarówno swoją muzykę jak i wizerunek, który musi z nią współgrać, ale nie być też zbytnio przesadzony. No i trzeba przyznać – pomijając kwestię, ile w tym szczerości a ile marketingu – że udało się stworzyć faktycznie dzieło idealne w swojej klasie i w 2013 roku odpowiadające na żywotne potrzeby fanów METALU – bez jakichkolwiek dodatkowych nazw, przedrostków i dopowiedzeń. Klasyczna forma muzyki zebranej na „Hail To The King” jest wręcz pedantycznie wyczyszczona i poddana redukcji do ascetycznej, by nie użyć słowa – archetypicznej formy gatunku.

Jeśli ktoś oczekuje po tej płycie szczególnie rozbuchanych aranżacji, koronkowych solówek czy zaskakujących zwrotów akcji, zdziwi się. W sumie muzyka z „Hail To The King” jest banalnie prosta. Zespół zrobił dokładnie to, co kilka lat temu znany tu i ówdzie Corrosion Of Conformity (też hardcore’owcy, którzy zdradzili scenę na rzecz flirtu z rogatym…) na albumie „America’s Volume Dealer”. Co ciekawe, tamta płyta także była wskazywana jako wzór dla kulejącej Metalliki, a jej główny atut, podobnie ja i „Hail…”, to udana próba odnalezienia punktu, w którym metal znajduje się w stanie idealnej równowagi, prezentując dziewicze w swojej formie riffy, oparte o klasycznie hardrockową sekcję rytmiczną. Wspomniany krążek przeszedł, delikatnie rzecz ujmując, bez echa, za to nowy materiał Avenged Sevenfold ma dobrą promocję, dlatego jestem w stanie uwierzyć, że uda się stworzyć z niego ikonę. Nawet jeśli się z tym nie zgadzam.

Można płytę odbierać dwojako – albo jak kawał prostego, metalowego i rubasznego grzańska z pretensjami (wtedy słucha się tego nieźle…) albo jako zarozumiałą próbę wspięcia na metalowy tron. Kwestią dyskusyjną pozostaje, na ile jest to chwyt reklamowy a na ile szczere intencje muzyków? I tu z pomocą przyjdzie nam tylko i wyłącznie ojciec czas – za kilka lat okaże się, co z tego patosu pozostało – obelisk, czy głuchy, drwiący śmiech pokoleń…

Arek Lerch