AVATARIUM – The Girl With The Raven Mask (Nuclear Blast)

Nie zwykłem zachwycać się współczesną muzyką, odwołującą się do czasów, w których nie dane mi było żyć. Wystarczy, że zostały po nich składanki Romka Rogowieckiego dla oldbojów i klisze, które wielokrotnie prześwietlił czas. Avatarium – supergrupa Leifa Edlinga, złożona z gości z Tiamat, Royal Hunt oraz anonimowej blondyny, wygrzebuje z przeszłości przeterminowane dźwięki, przy których jakimś dziwnym trafem nie muszę zatykać nosa.

„The Girl With The Raven Mask” należy uznać przede wszystkim za hołd dla sztruksowej czerni lat 70, organów Hammonda i piaszczystego fuzza, który to hołd z twórczego punktu widzenia jest dzisiaj czymś mniej chwalebnym, niż współczesne kreacje. Jednak wrażenie „skoku na epokę” schodzi na dalszy plan za sprawą wyjątkowego kunsztu wykonawczego i aranżacyjnego członków Avatarium, czegoś co dawno zaginęło w akcji, pogrzebane przez amatorów grania na jednej emocjonalnej strunie. Na „The Girl With The Raven Mask” grają optymalne roczniki; jeszcze przed etapem zramolenia i już dawno po zachłyśnięciu się modą na retro (vide Tribulation). Obok człowieka, który nagrał trzy najlepsze płyty w historii doom metalu jest tu Marcus Jidell, który jak przystało na gitarzystę w stylu vintage ma doskonałe czucie instrumentu, pozwalające mu skutecznie wzorować się i na Jeffie Becku, i na niejakim Iommi’m. Największą uwagę przyciąga rzecz jasna Jennie-Ann Smith, jak donoszą serwisy plotkarskie, małżonka Marcusa. Nazywajcie sobie Avatarium nepotyczno-folkowo-bluesową odmianą Candlemass, ale to dzięki zabiegowi feminizacji zespołu otrzymaliśmy muzykę przepełnioną dojrzałością, mocą i jednocześnie wrażliwością, której żaden mężczyzna nie byłby w stanie wydobyć. Kobiecość Smith idealnie harmonizuje z muzyką w barwach zawsze eleganckiej, wytrawionej przemijaniem drapieżności i melancholii. Dlatego bliżej jej do jazzującej Trijntje Oosterhuis, niż do nieporadnej (ale zapewne bliskiej duchowo) Janis Joplin.avatarium.bandheader_940x300
W porównaniu do debiutu, w uszy rzuca się większa wyrazistość muzyki, jakby zespół nabrał pewności siebie i mierzył do celu bardziej precyzyjnie. We fragmentach mocniejszych dodaje więcej czarnego, black sabbathowego barwnika, w łagodniejszych – dosadniej epatuje bluesowo-jazzowym frazowaniem wokalistki. Zespół świadomie stracił nieco z oczu debiutancką podniosłość i urokliwość na rzecz głębszej czerni i posępności, która ukazuje Jennie-Ann bardziej zmęczoną, leniwą, jakby bliższą znojowi realnego życia („Pearls And Coffin”). Resztki optymizmu pogrzebały psychodeliczne jam sessions na granicy mistyki i okultyzmu, które robią wrażenie (fantastyczny marsz w „Hypnotized”), ale nie chce się do nich wracać tak często, jak do nagranych dwa lata temu przebojowego „Avatarium” czy baśniowego „Lady In The Lamp”.
Tak czy inaczej, to tylko szukanie dziury w całym, bo każda zawarta na albumie kompozycja ma do zaoferowania coś ciekawego, emocjonalnego i nawet jak na dźwięki, które być może słyszeli już nasi rodzice – całkiem świeżego. To wszystko sytuuje ten zespół ponad wszystkimi wykonawcami w podobnej stylistyce, które przychodzą mi do głowy. Wiele tam nie ma, ale z Avatarium dokładnie tyle, ile trzeba.

Kuba Kolan

Pięć