AUTOPSY – Tourniquets, Hacksaws and Graves (Peaceville Records)

Jak pokazuje nam historia, i w tym przypadku źródłem niesprawiedliwości ocen stało się pozorne uświadomienie, hołdujące zasadzie „płyty święte święcić”. Po wznowieniu przez Autopsy aktywności wydawniczej wszelkiej maści recenzenci uchwalili, że zespół ma się dobrze, lecz jego niedoczekanie gdyby zapragnął postawić „Tourniquets, Hacksaws and Graves” wyżej niż legendarny duet „Mental Funeral” i „Acts of The Unspeakable”. Brzytwa na to „Kud-ku-dak! A ja- owszem! A ja – tak!”.

Autopsy to zespół, który dzisiaj już bez wysiłku obcina kończyny swoim ofiarom, płacąc jednocześnie cenę za przyzwyczajenie nas do swoich death doom metalowych obrzydliwości. Po reaktywacji w sposób naturalny umuzykalnił swoją twórczość, wiedząc, że efekt zaskoczenia uzyskuje się co najwyżej dwa razy, a lanie ścierą po twarzy przynosi efekt wychowawczy tylko do pewnego wieku, choć i w tym zajęciu można znaleźć zapewne coś ponadczasowo frapującego. Być może tutaj leży trup pogrzebany – niegdyś prymitywizm wypełniał cały świat Autopsy, dzisiaj zespół ten, jako kolektyw niezwykle sprawnych muzyków, używa go jako jednego z narzędzi tortur, pozwalając sobie na fantazję, odrobinę tajskiego „same same but different”. Gitarowe bujanie w stylu wczesnego Mastodon (fantastyczny „Deep Crimson Dreaming”) lub zastosowanie miotełek i mruczando-murmuranda w stylu Phila Anzelmo z „Shedding Skin” („The Howling Dead”) dla niektórych fanów zespołu może wydawać się niepotrzebnym pudrem na nosku denata. Być może za dużo tu dobrze zorganizowanej psychodelii, refleksji nad życiem z tasakiem w ręku, ucieczki przed pusto brzmiącym ciężarem w stronę kreowania nastroju z filmów grozy klasy C. Może dzisiaj najbardziej obrzydliwą rzeczą, którą ma do zaoferowania Autopsy nie są kanibale i rozczłonkowywanie swoich ofiar, lecz świetne wyczucie kompozycji. Rozgrywanie konwencją makabry poprzez zastosowanie dźwięków nie tylko wstrętnych, ale i rzewnych (solo gitarowe w „Parasitic Eye”) ukazuje nam zespół niezwykle świadomy swojej potencji, dla ortodoksyjnych fanów – paradoksalnie zbyt dojrzały, by dobrze gnić. W zielonej poświacie mokradeł, przyjemnej czerni grobów widzimy dom zbyt gościnny dla naszych dewiacji, pomimo że trup jest przecież atrakcyjnie martwy jak zawsze i nigdy dotąd.

Jeżeli nie padliście na kolana przed uroczym mizoginizmem heavy metalowego „Macabre Eternal”, stylowo zmurszałym death metalem „The Headless Ritual”, to co sprawi, że w końcu uwolnicie orkę Willy i zajmiecie się męczeniem innych ssaków potrzebujących karzącej ręki człowieka? Gdzie jest fun, jak nie w podwójnym buzowaniu gitar w otwierającym płytę „Savagery”, monologu istoty z przetrąconą szczęką („King of Flesh Ripped”) czy nie pozostawiającej złudzeń żywym, ostatecznej i ostatniej utrwalonej partii wokalnej człowieka upadłego („Burial”). Czy to jeszcze typowe, równe i dlatego spowszedniałe Autopsy? Na „Tourniquets…” ciemna i nieskończenie głęboka otchłań gardzieli Chrisa Reiferta staje się wreszcie właściwą egzemplifikacją tego co nasi rodzice kiedyś niesłusznie porównywali do ryków konającego zwierza, choć ja dostrzegam w wokalizach Chrisa żywotność właściwą członkom osobliwej rodzinki z filmu „Wrong Turn”.

Mówcie sobie o Morbus Chron i Tribulation, ale o Autopsy powinniście krzyczeć. Tak ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości, jeżeli nie możecie pozwolić sobie na luksus desakralizacji.

Kuba Kolan

Pięć