AUTOPSY „Macabre Eternal” (Peaceville)

Krzychu Reifert łatwej biografii nie ma, jak przystało na artystę wiecznie rozmijającego się z oczekiwaniami kapryśnej publiki. W swoim czasie „Severed Survival” i „Mental Funeral”, notabene szanowane i chwalone, ustawiły Autopsy w pozycji odszczepieńców amerykańskiej sceny, ścigającej się o to kto umie szybciej, brutalniej bardziej technicznie. Znacznie gorzej było po wydaniu genialnych (tak!) „Acts of The Unspeakable” i „Shitfun”, a potem po przepoczwarzeniu się w Abscess. Biedny Reifert i koledzy zepchnęli sami siebie na margines, by przez lata odpowiadać na pytania o to kiedy wreszcie nastąpi ta reaktywacja Autopsy… A kiedy wreszcie stało się, taki Cieślak napisze przekornie, że chyba wolałby, gdyby „Macabre Eternal” nie powstał.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że Abscess zawsze był zespołem równie znakomitym, co olewanym. Nawet święte krowy polskiego dziennikarstwa branżowego płakały w recenzjach,  że tyle w tej muzyce wstrętnego punka, że za mało death metalu, że proste to i rzekomo mało postępowe… W końcu Clint Bower odpuścił sobie granie i zespół po wydaniu genialnego, psychodeliczno-punkowo-sludge’owego „Dawn of Inhumanity” szlag trafił. Stąd był już tylko krok do reaktywacji Autopsy, który nieoczekiwanie stał się zespołem wszechkultowym, i nagle wszyscy uznali, że „Mental Funeral” to jest to. Niezależnie od tego, jakie były faktyczne powody powrotu do składu Erica Cutlera (najszybsza przemiana z „wujka Mietka” w dziada borowego w historii metalu!) i nagrania nowej płyty pod starym szyldem – wychodzi na to, że Reifert po raz pierwszy robi coś zgodnego z oczekiwaniami tzw. fanów.

Aby ostatecznie zamknąć temat popłakiwania nad Abscess i poświęcić „Macabre Eternal” choćby ze trzy zdania, odpowiedzmy sobie na dwa fundamentalne pytania: czy dorobek Autopsy faktycznie wymaga jakiegoś aneksu i czy nowy album dorasta do geniuszu „Dawn of Inhumanity”. W obu przypadkach odpowiedź brzmi oczywiście „nie”, co nie oznacza jeszcze, że płyta jest nieudana. Jest po prostu, jak na Reifertowy standard, wyjątkowo bezpieczna i nieinwazyjna. Ostały się charakterystyczne gitarowe walce, basowo-perkusyjne marsze i opętane wokale, ale w niepamięć poszedł śmierdzący dworcową toaletą nastrój „Shitfun”. W to miejsce wskakuje niespotykana wcześniej w Autopsy chwytliwość (refreny „Hand of Darkness” czy „Always About to Die”), gęsto przemykają iście heavymetalowe solówki „Sewn Into One”, „Sadistic Gratification”), a w „Bridge of Bones” wybrzmiewa nawet semiakustyk… A wszystko to w oprawie analogowego, bardzo przestrzennego brzmienia – „Macabre Eternal” to miód na uszy każdego właściciela dobrych słuchawek, który nie zamienił jeszcze odtwarzacza CD na kwadratowe głośniczki podpięte pod laptopa. Całość – choć jak na moje preferencje jest nieco przydługa – ani przez moment nie wywołuje zgrzytania zębów, wszelkie „upiększenia” wydają się tu zupełnie naturalne, bez inklinacji do puszczania oka w kierunku niewyrobionych odbiorców.

Miłość ci wszystko wypaczy, nie potrafię mieć do dziadka Krzysia pretensji o to, że na „Macabre Eternal” zabrakło mi tej abscessowskiej chorobliwości, amfetaminowego szaleństwa i prawdziwych wyzwań dla słuchacza. Przecież to znakomity album jest, jeśli tylko obedrzemy go ze wszelkich oczekiwań. A że heavy metal, że jakby spokojniej tym razem, i że następcy „Dawn…” już raczej nie będzie… z tym ostatnim się jakoś pogodzę, reszta mi w zasadzie pasuje. Obcowanie z „Macabre Eternal” jest jak spotkanie w knajpie ze starymi kolegami. Wiadomo, że auto nie wyląduje w przydrożnym rowie, nie będzie rzucania się butelkami i raczej nikt nie uzna za dowcipne wyniesienia nad ranem wszystkich sprzętów z chaty na zewnątrz, ale to przecież wciąż najlepsi kumple na świecie, i najlepszy Reifert, na którym można polegać jak na franku szwajcarskim.

Bartosz Cieślak 5