AURAS – Panacea

Koledzy z zagranicznych portali narzekają, że w stosunku do pierwszych udostępnionych nagrań Auras, to, co znajdujemy na pełnym wydawnictwie, jest nieco słabsze, bo brakuje tym utworom trochę nieobliczalności i brudu. A przede wszystkim, moi drodzy, „Panacea” niefortunnie jest festiwalem może i owszem, połamanych breakdownów, które przypadną do gustu zarówno wielbicielom djentu jak i kochającym Veil of Maya, ale tych partii mogło by być znacznie mniej, bo siedem premierowych kompozycji jest przejawem niemałego talentu, którego można pozazdrościć.

Z całej EP najbardziej wyróżnia się wybrany na singiel, nazwijmy rzecz po imieniu – dość przebojowy jak na takie granie „Cascade” oraz miejscami wykraczająca poza metal „Aporia”, z gościnnym udziałem Aarona Marshala, z doskonałego, prog metalowego bandu Intervals, który nagrał swoją solówkę. Swoją drogą, wyraźnie słychać różnicę w poziomie gry gitarzystów Auras a członka Intervals. Nie jest to jednak nic złego, bo zarówno jedni jak i drudzy mają swoje do powiedzenia, tyle, że w inny sposób. Momentami mniej nużący przez swoje techniczne zagmatwanie, innym razem zaś, wprawiający w osłupienie biegłością w posługiwaniu się własnym instrumentem. Jednych i drugich łączy przede wszystkim talent oraz wiedza jak odnaleźć się na rynku oraz stopniowo dominowanej przez podobne zespoły scenie. Konkurencja jest spora, a większość z najciekawszych projektów, tak jak Auras, pozostaje bez kontraktu. Tutaj rodzi się pytanie, czy to, co zawarli na „Panacea” pozwoli im na odpowiednie wybicie się i dołączenie do labelu marzeń – Sumerian Records czy z racji na mnogość podobnych formacji, zahamuje dalszy rozwój?

Na to pytanie z pewnością niebawem odpowiedzą agenci PR i przedstawiciele innych wytwórni, a my cieszmy się „Panacea” w całej swojej rozciągłości. Włącznie z trochę monotonnymi wokalami i świadomością, że ten zespół być może na długo pozostanie tylko internetowym odkryciem, którego nigdy nie zobaczymy po naszej stronie globu.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery