AUGUST BURNS RED – Found in Far Away Places (Fearless Records)

Jeśli ktoś uważa, że metalcore umarł, zanim tak naprawdę się zaczął, ten jest w błędzie. Gdyby nie Parkway Drive czy August Burns Red ten skądinąd mocno zróżnicowany nurt, pewnie nie byłby tak ciekawy. Dziś, kiedy większość próbuje być albo kopią Northlane lub próbuje odczarować melodyjne zaśpiewy rodem z płyt katalogu Rise Records, nieliczni pozostają wierni pierwotnej formule tego gatunku. Dla wielu, istotą tego jak powinien brzmieć metalcore, pozostaną płyty naszych europejskich formacji, dla innych – brzmienia ze Stanów. Pochodzenie nie odgrywa jednak większej roli; na całym świecie gra się tak jak powinno, ale najlepiej, w Byron Bay w Australii i w Lancester  (Stany).

W tej drugiej miejscowości ponad dekadę temu zrodził się Sierpień Płonący Czerwienią. Niegdyś jeden z najbrutalniejszych, stricte chrześcijańskich aktów na scenie, dziś próbujący wprowadzać coraz to nowe elementy do mocno technicznego i nadal brutalnego grania. Panowie ochoczo wychodzą poza własny, mocno wyklarowany styl, inkorporując coraz to nowe elementy nie mające nic wspólnego z muzyką rockową. Była już salsa i flamenco na poprzednich płytach, teraz w ramach dobrego mostka pojawiają się elementy swingowe a na końcu, 8-bitowa elektronika, już nie jako bonus w postaci remiksu konkretnego utworu. Panowie słusznie próbują robić rzeczy nowe na już mocno oklepanym terytorium. Wychodzi im to lepiej niż jakiejkolwiek innej grupie. Wysiłek się opłacił, bo „Found in Far Away Places” to najlepszy album zespołu od lat. Wysoki poziom, utrzymywany równo od 2007 roku (od drugiego albumu) został zachowany, a śmiem twierdzić, że panowie pobili swoje szczytowe osiągnięcie jakim jest „Leveler”.August band

Niestety, intensywność tego materiału trochę męczy. Oddechów, chwil wyjścia poza schemat jest w odniesieniu do całości, czyli trzynastu kompozycji, stosunkowo mało. Młodzi adepci metalcore’a pewnie łykną całość – bo wściekła, brutalna, cholernie techniczna (Greiner!) i pełna doskonałych riffów, acz Ci, którzy karmią się tym gatunkiem od lat, wyłapywać będą smaczki, cieszące bardziej niż kolejne feerie blastów. Album podzieliłbym na dwie części – pierwszą, będącą mocarnym przypomnieniem jak bezpardonowo potrafimy grać i drugą, z naciskiem na „Broken Promises”, „Blackwood” i „Twenty-One Grams” (kto widział film?) – pokaz talentu kompozytorskiego na bardziej melodyjnych i thrashowych podwalinach.

Innymi słowy, co by się nie działo na tej płycie, nawet jeśli są to mniej interesujące momenty („Ghosts” z udziałem wokalisty A Day To Remember, ) August Burns Red nadal trzyma cholernie wysoki poziom.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół