ATTACK ATTACK! – This Means War (Rise Records)

Zróbmy sobie kanapkę. Bierzemy ketchup, dodajemy trochę dżemu, no i koniecznie musztarda. Miód? Czemu nie, jeszcze tylko masło orzechowe i ogórek. Jesteście głodni? Bardzo? No to przełkniecie to kulinarne monstrum.  Dokładnie taka jest najnowsza, trzecia płyta Attack Attack!. Tak smakuje. Najpierw zdziwienie, może niezdrowa próba uchwycenia w tej miksturze sensu. A na koniec pozostaje tylko jedno – rzyg!


Amerykański Attack Attack! – co muszę im oddać z całą sprawiedliwością – to genialni muzycy. Nie wiem, czy kończyli jakieś szkoły w tym swoim Ohio, ale instrumentami władają swobodnie i z taką swadą, że aż miło się słucha. Miło, ale tylko fragmentami i z dużą ostrożnością. AA! połączyli w swojej muzyce deathcore’owe doły, ciężar, łamane rytmy z refrenami żywcem wyjętymi z ostatnich płyt Caliban. Gdzieś przemknie fascynacja Bleeding Truth, może jeszcze Textures czy All Shall Perish. Podoba mi się brzmienie płyty. Klarowne i tak kurewsko ostre, że ucina głowę pierwszym uderzeniem. Ale obok musztardy do gardła leje się miód. I to jest właśnie clou programu. Spora część kawałków (min „The Hopeless”, „The Reality”, „The Confrontation”) to maniakalne zderzenie brutalnych riffów w zwrotkach z ultra – melodyjnymi refrenami. Tak bardzo, że miejscami ocierającymi się o disco („The Revolution”). Dużo do powiedzenia ma klawiszowiec, który momentami gra z manierą gdzieś z okolic z płyty „Watermark” Enyi połączoną z Matrixem, choć np. „The Motivation” otwiera dla odmiany czyste pianinko. Część kawałków (z naciskiem na „The Family” i „The Abduction”) jest strasznie nudna, bo nie wykracza poza schemat, wałkując w kółko mdłe refreny z często całkiem znośnymi, choć wkurzająco jednowymiarowymi zwrotkami.

W zasadzie powyższy opis zasługuje na jednoznaczną jedynkę, bardzo subiektywnie i bez wyrzutów sumienia. Jest jednak jeden kawałek, który ratuje płytę, choć bynajmniej nie dlatego, że jest w całości brutalny. Wręcz przeciwnie, chodzi mi o „The Wrechted”, który swoją lepką, zaraźliwą przebojowością nasączył i riffy i partie wokalne do tego stopnia, że wyszedł szlagier na miarę najckliwszych hitów HIM. W tym przypadku wszystko pasuje, nic się nie gryzie a zespół popisuje się kunsztem kompozycyjnym. Jednym słowem, prawdziwy love… deathcore. Bez kitu. Fajny kawałek i jako jedyny „wchodzi” mi w całości.

Nie wiem, jak długo jeszcze zespoły będą się łudziły, że takimi topornymi połączeniami wygrają z losem. Widać taka muzyka jest także komuś potrzebna, dlatego jeśli lubicie kapele, których nazwy gdzieś powyżej się przewinęły, możecie próbować. Stawiam dwójkę z plusem – punkt za core – HIM’a i pół za technikę, która nie jest dzisiaj niczym zaskakującym, ale pozwala przejść przynajmniej przez część płyty bez zmian w mózgu.

Arek Lerch 2,5