ATREYU – Long Live (Spinefarm)

Na powrót Atreyu tak na dobrą sprawę nikt nie czekał. Grupa, która zapisała się na kartach metalcore’owej historii tuż po zawieszeniu działalności przed paroma laty, popadła w niebyt i niełaskę mediów. Wieść gminna o reunionie kwintetu zelektryzowała znikomą część globu. Okazuje się jednak, że – podobnie jak w przypadku Haste The Day – powrót na scenę miał sens, bo „Long Live” to kawał naprawdę dobrego, przemyślanego grania.

Nie chcę przypisywać Atreyu do metalcore’owego poletka, ale nie sposób nie rozpatrywać tej muzyki w oparciu o kanon, pod który sami dali dość solidne podwaliny. Co więcej, wydaje mi się, że bieżący zwrot w stronę „tradycyjnego” metalcore’a ze złotej ery, czyli do połowy ubiegłej dekady, jest podyktowany nie względami finansowymi, a tęsknotą za mocno melodyjnym i thrashowym graniem. „Long Live”, szósty studyjny album w karierze muzyków z Orange County, cechuje się pierwotną siłą takiego grania, doskonałym balansem pomiędzy agresywną stroną, a lekko cukierkowym, nośnym obliczem. Powiem więcej, nie spodziewałem się, że ten krążek będzie tak łatwo wpadający w ucho. Mimo miejscami dość pogmatwanych patentów („Cut off the Head”) rzekłbym, iż jest to materiał na koncerty w dużych halach. Refren goni refren, sing-a-longów nie brakuje (numer jeden to utwór tytułowy), a do tego wszystkiego słyszymy całą masę naprawdę zajebistych riffów, które potwierdzają klasę tego zespołu. Sześć lat przerwy między albumami widocznie miało sens, bo lwia część „Long Live” to najlepsze rzeczy w karierze Atreyu, co między innymi pokazują wyniki sprzedaży w zestawieniu Billboard.Processed with VSCOcam with e4 preset

To, co podoba mi się w tym albumie najbardziej to szwedzki feeling, nieoczywista brutalność i dojrzałość. Wielu babrze się w metalcore’owym sosie, tworząc kalkę własnych pomysłów sprzed lat, a tu proszę, zespół choć wykonał znaczący zwrot w stronę dawnego brzmienia, wyraźnie poszedł do przodu w materii aranży i sposobu wyrażania emocji. Tych na „Long Live” nie brakuje i zapewniam, że będziecie wracać do tej płyty, choćby po to, by pośpiewać z Alexem Varkatzasem.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół