ASSAULTER – Boundless (Metal Blade)

Odrodzenie amerykańskiego thrash metalu, o którym trąbiono zewsząd jeszcze trzy lata temu, można z dzisiejszej perspektywy nazwać mętnym mitem albo co najwyżej niespełnioną prognozą. Pamiętacie coś z ostatnich płyt Megadeth, Testament, obu ekshibitów Exodus, a może tak wyczekiwanej płyty Forbidden? Niewiele? Ano właśnie. Można z pewną dozą żalu powiedzieć, że żadna z tych bądź co bądź wielkich nazw nie była w stanie przekonać nikogo o drzemiącym w nich rzekomo wciąż potencjale, a entuzjazm poprzedzający każdą z wyżej wymienionych premier okazywał się przedwczesny. Nie ma jednak nad czym w nieskończoność ubolewać, skoro seans z krążkami rzędu „Boundless” australijskiego Assaulter poręcza za daleką od stanu wiecznego odpoczynku formę thrashu.

Australia, poza AC/DC, INXS czy potwornie wkurwiającym Midnight Oil, to kraj słynący również z wieloletniej i przebogatej tradycji wspomnianego gatunku żelastwa. Z dziennikarskiego obowiązku odnotujmy w tym miejscu nazwy takie jak Slaughter Lord, Trench Hell czy bodaj najpopularniejszy obecnie reprezentant tego odległego kraju – Deströyer 666. Swoją drogą, ta ostatnia nazwa pojawia się tu nie bez przypadku. Po pierwsze dlatego, że Assaulter to trio, którym dowodzi ujadający gitarzysta (a także basista) Simon Berserker, zasilający szeregi D666 w latach 2000-2003. Po drugie obie formacje tworzą muzykę bardzo do siebie zbliżoną, kwalifikującą się do nurtu thrashu lekko zaprawionego black metalem.  Skąd zatem tak zdecydowana rekomendacja zawartości „Boundless” na początku niniejszej recenzji? Ano stąd, że pomimo niekoniecznej oryginalności Assaulter wypada tu niesłychanie autentycznie i żywo, a praca w studiu nagraniowym nie obcięła tej muzyce pazurów. Druga płyta lokuje Australijczyków idealnie pośród dźwięków, jakie coraz częściej napływają do nas z ich szerokości geograficznych: surowych, ale cholernie podniosłych zarazem, dość melodyjnych, lecz wciąż kompletnie nieokiełznanych. Niepokojąco rozpędzający się „Entrance” pomału, za to skrupulatnie wchodzi na najwyższe obroty, już na początku wprowadzając kompletną niepewność tego, co może wydarzyć się za moment. To poczucie towarzyszyć nam będzie zresztą do ostatnich sekund płyty. Następny z kolei szybki „Outshine” spada na słuchacza jak grom z całkiem przebojowymi gitarami w refrenie, wspomaganymi przez szybkie uderzenie perkusji, któremu jednak daleko do slayerowej sztampy. „Boundless” to zresztą w ogóle dość nietuzinkowy rytmicznie materiał. Znajdziemy tu zarówno utwory w całości równe, w stylu utrzymanego w średnim tempie „Into Submission”, jak również te złożone z inteligentnie pomyślanych sekwencji. Przykładem niech będzie sześciominutowy „Perpetual War”, gdzie gęsta kotłowanina przechodzi w prosty podział, by w końcu ustąpić miejsca… maidenowemu galopowi na tle pojedynku gitarowych harmonii. Kiedy trzeba, Assaulter potrafi uderzyć również przejrzystymi (w granicach rozsądku, oczywiście) numerami rzędu „Exalt the Master” czy murowanego hitu koncertowego „Dying Day”. Całość zaś wieńczy trwający ponad osiem minut epos „The Great Subterfuge”, prawdziwy wojenny hymn z pompatyczną melodyką oraz bathorowskimi chórami w finale. Zestawienie tych wszystkich elementów nie ma teoretycznie prawa robić dziś większego wrażenia. I może rzeczywiście materiał ten przepadłby w niebyt, gdyby przyrządzono go zgodnie z zasadami sztuki stosowanymi przy tworzeniu ostatnich „dzieł” wymienionych przeze mnie na początku tuzów. Można tylko dziękować opatrzności, że Assaulter tą ścieżką nie poszedł. Dzięki tej decyzji owe 40 minut nie brzmi jak zlepek sugestii producenckich i ambicji zespołu – ładnie wypolerowany, ale zawsze zlepek. Te osiem kompozycji to ekstremalnie szczery wyraz metalowej determinacji, który wprawdzie nie będzie reklamowany przez wielkie wytwórnie pod górnolotnym hasłem, lecz przemówi do wszystkich spragnionych spustoszenia, jakiego thrash od dawna nie potrafił wywołać.

Cyprian Łakomy 5