ASPHYX – Deathhammer (Century Media)

Postuluję, aby w multimedialnej encyklopedii wiedzy powszechnej pod hasłem „death metal”, znalazł się tytułowy numer z najnowszej, ósmej płyty Holendrów. „Deathhammer” to deathmetalowy kanon, dziesięć przykazań i kwintesencja gatunku. Nieskażony współczesnymi trendami, potężny i szorstki kafar, doskonale nawiązujący do wszystkiego, co najlepsze w tradycyjnym, surowym brzmieniu z początku lat dziewięćdziesiątych.

Asphyx, z oryginalnym wokalistą Martinem van Drunenem, który popełnił z zespołem takie przełomowe albumy jak „The Rack” (1991) oraz „Last One on Earth” (1992), wrócił na scenę już kilka lat temu, wydając w 2009 roku świetny „Death… the Brutal Way”. W międzyczasie Martin i obecny gitarzysta Asphyx Paul Baayens nagrali dwie kapitalne płyty z Hail of Bullets. Żaden inny zespół nie oddaje jednak lepiej tego, czym jest death metal, niż sam Asphyx.

Nowa płyta, podobnie jak poprzednia, uderza od pierwszych sekund gwałtownym tornadem riffów, kanonadą bębnów i rozdzierającym wokalem. Dwa pierwsze kawałki, „Into the Timewastes” oraz wspomniany na początku „Deathhammer”, walą po mordzie bezpośrednio, bez ogródek i żadnych konwenansów. Czysta zwierzęca furia, rozbijanie czachy o ścianę i wgniatane pozerów w podłogę. This is true death metal you bastards! – ryczy van Drunen. Dla przeciwwagi pojawiają się także wolniejsze i dłuższe, epickie doom/death’owe czołgi jak „Minefield”, „Der Landser” czy „We Doom You to Death”, którego refren zapada głęboko w pamięć. Numer ma potencjał stać się prawdziwym, koncertowym przebojem. Martin nie oszczędza strun głosowych. Zdziera gardło do granic możliwości. Kiedy głośno słucha się płyty, towarzyszący wokaliście ból odczuwa się na własnej skórze.

Szybkie, wściekłe i wulgarne ciosy jak „Of Days When Blades Turned Blunt”, „Reign of the Brute” oraz „The Flood”, przypominają szarżę najeżonej kolcami i zakutej w stal kawalerii. Po ataku zostaje spalona ziemia i popiół. Asphyx odniósł jednogłośne zwycięstwo. Trupy pokonanych zamieniają się w ścierwo… Album zamyka blisko ośmiominutowy olbrzym „As the Magma Mammoth Rises”. Sekcja rytmiczna trzyma średnie tempo, riffy gitarowe nawarstwiają się, powstaje przytłaczająca swoim rozmiarem elegia śmierci i zniszczenia.

Holendrzy na „Deathhammer” grają tak, jakby była to ich ostatnia płyta, ostatni manifest brutalności i agresji wobec świata oraz najnowszych trendów. Po takim albumie jedyne logiczne następstwo to zakończyć działalność i odejść u szczytu możliwości.

Adam Drzewucki