ASGAARD – Stairs To Nowhere (Icaros Records)

Każdy pamięta chyba wyczyny guru  mięśniaków z lat 80 – tych – Rambo. Uogólniając, to taki gość, co przeżyje w każdych, najbardziej wrogich warunkach, by w końcu wyskoczyć z kryjówki i zrobić odpowiednią rozwałkę. Powracający po ośmiu latach Asgaard to dla mnie taki Rambo symfo – black metalu. Był, przeczekał, przeżył i z odpowiednim rozmachem znowu zaatakował.

Powyższe, wrogie warunki to stylistyka, w jakiej obraca się Asgaard. Oględnie rzecz ujmując, przepis na taki zespół jest pozornie bardzo prosty. Bierzemy w miarę sprawnego gitarzystę, takiegoż pałkera i udajemy się na poszukiwania wokalisty i klawiszowca. Koniecznie z konserwatorium. Na tym schemacie w Polsce przejechała się cała masa zespołów, tworząc muzykę tak głupią, że aż śmieszną. Do dzisiaj mam kilku faworytów, którzy powinni być wystawiani w każdym studiu nagraniowym jako przestroga dla co większych naiwniaków. Na szczęście, w tej kategorii mieliśmy też dzieła wyjątkowe, że sięgnę tylko do ostatniej płyty nieodżałowanej formacji Lux Occulta. No i oczywiście mamy też Asgaard, który wraz z „Stairs to Nowhere” udowodnił, że symfo black można grać na poziomie światowym. Choć oczywiście, porównań do Arcturus nie uniknie…

Na początek, co może trochę dziwić, skupię się na szacie graficznej. W dobie mp3 – kowego szaleństwa wydawnictwa płytowe są często tak biedne, że pirackie kopie ze Stadionu X – lecia wyglądają przy nich jak wypasione rarytasy. Na szczęście, Icaros Records w niewiadomy dla mnie sposób wydał „Stairs…” w opakowaniu charakteryzującym się niemal wiktoriańskim przepychem. Świetna grafika, pomysł, zdjęcia. Bardzo spójne, estetyczne i wysmakowane, tylko pogratulować. Muzycznie Asgaard nadal operuje w rejonie, gdzie black metal styka się z gotykiem, symfonicznymi orkiestracjami i kilkoma niezłymi, awangardowymi eksperymentami. Być może na „Stairs…” więcej jest ukłonów w stronę surowych, gitarowych riffów, jednak ciągła żonglerka syntetycznymi brzmieniami, fortepianowymi pasażami i balansowanie dynamiką czynią 40 – minutową podróż zajęciem bardzo ekscytującym. Zespół potrafi bezboleśnie połączyć metalowe uderzenie z avant symfoniką tak, że wszystko wydaje się być zrośnięte w frapującą całość. Podoba mi się, że na płycie znalazło się mnóstwo powietrza, spokojniejszych, przestrzennych fragmentów, że gitary nie zalewają aranżacji, pojawiają się  za to w kluczowych momentach. Podoba mi się wreszcie zróżnicowanie wokalne i maestria aranżacyjna, która powoduje, że zawsze odkryjemy tu coś nowego.  Oczywiście, jak w takiej muzyce często bywa, klimat zdominowany jest przez wszechobecny patos, który na ogół mnie drażni, jednak biegłość kompozycyjna muzyków powoduje, że w tym przypadku  jest czymś absolutnie naturalnym.

Płyta jest bardzo równa, trzymająca napięcie od początku do końca, jedynie nie jestem w stanie zaakceptować faktu, że jako pierwszy pojawia się kawałek „Labyrinth”, który jest najlepszą kompozycją Asgaard w całej ich dyskografii. W tym numerze mamy w zasadzie clou poszukiwań grupy – jest metal, jest niemal trip hop, jest brzmieniowa awangarda (świetne „przeloty” blach po kanałach…) i melodia. Dużo balansowania dynamiką. Ten kawałek definiuje Asgaard AD’ 2012 i jako taki pozostaje bezkonkurencyjny. Na całe szczęście, reszta płyty trzyma równie wysoki poziom. Choć – co dodaję z pełnym przekonaniem – muzyka spodoba się głównie koneserom gatunku, bez problemu rozumiejącym, że fuzja gitarowego zgiełku i operowego rozpasania nie jest dzisiaj żadną herezją.

Być może Asgaard nie przebił mojej ulubionej płyty „EyeMDX-tasy”, powrócił jednak z siłą wspomnianego Rambo i jedynie brakuje mi jakiejś większej promocji czy trasy koncertowej. Z obowiązku dodam jeszcze, że na płycie pojawiło się kilku gości, w tym muzycy Serpentii i Vader. Taka kumpelska usługa. Ocena płyty – cóż, dla maniaków takiego grania może być tylko wysoka (5), dla reszty – nie do końca (3,5), bo muzyka nadal (stety/niestety??) mieści się w ściśle określonych ramach gatunkowego getta.

 

Arek Lerch