AS WE DRAW – Mirages (Throatruiner Records)

Kiedyś życie było prostsze. Punk to punk, metal to metal. Jeśli komuś coś się nie podobało, dawał w łeb niepokornym. Hardcore’owiec ani myślał zaglądać na podwórko rządzone przez metali, sludge siedział w zapyziałej Ameryce, rockowe smutasy w Londynie a black metal w Norwegii. Wszystko było jasne. Problem zaczął się, kiedy jeden z drugim skojarzył, że fajnie komuś podpieprzyć pomysły. I się zaczęło. Dzisiaj nikt już nie wie o co chodzi a miks muzycznych stylów osiągnął poziom brejowatego fusion. Efekt? Trzeba nieźle się nagimnastykować, by stworzyć coś wyrazistego i zjadliwego. Jeśli już komuś się uda – ten zwycięzcą.

Ów przydługi wstęp potrzebny jest by choć po krótce wyjaśnić moje w stosunku do „Mirages” odczucia. As We Draw to jeden z koronnych przykładów na to, jak chłonny jest hardcore we współczesnej, pozbawionej dawnych, ortodoksyjnych oporów formie. Zresztą, wspomniany hardcore egzystuje na „Mirages” jako idea, postawa, w fizycznej formie obecna jedynie w partiach wokalnych. Mógłbym skwitować płytę krótkim: „post-hardcore”, ale to także byłoby uproszczenie bo od standardowych wydawnictw tego nurtu dzieli As We Draw przepaść, głównie jakościowa i techniczna, dodam. Grupa lubuje się w dźwiękowym chaosie, brzmieniowym syfie i rozpasanych partiach instrumentalnych, robi to jednak z głową, za nic mając sobie stylistyczną oszczędność. Na „Mirages” dzieje się dużo a trup ściele się gęsto.

Przede wszystkim – wolne tempa rządzą. As We Draw nigdzie się nie spieszy, wałkując każdy dźwięk, jednak „wolno” nie oznacza wcale, że mało intensywnie. Francuzi ładują w każdy takt całą masę energii, którą potrafią świetnie rozkładać po kątach. Każdy temat jest nawarstwiany, intensyfikuje się aż do ekstatycznego finału – najciekawiej wygląda to w śmierdzących Neurosis apokalipsach w stylu „Blackmail”, „Panic” czy „Fata Morgana”. Miejscami wściekłość przesuwa As We Draw w kierunku rejonów noise’owych (motoryczny „Denial”), jest szczypta rozjechanej psychodelii (gitarowy instrumental „Acceptance”). As We Draw potrafią być też przekorni – tak odbieram mocno „konwerdżowy” „Fata Bromosa”, gdzie zespół brzmi, jakby próbował się rozpędzić, ale nie mógł. Oczywiście, finalnie wraca do wolnych temp. Najbardziej monumentalnie robi się w niemal siedmiominutowym „Shipwreck”.AWD band

Co z tej hałaśliwej mikstury zapamiętać najłatwiej? Może nie chodzi tu o poszczególne numery, ale elementy układanki. Brzmienie – nasycone, ciemne, tłuste i przestrzenne. Mistrzowskie uchwycenie klimatu i wściekłości. Doskonałe proporcje; to duża sztuka, by w odpowiedni sposób okiełznać takie emocje i nie zrobić im krzywdy. Poza tym – rewelacyjna gra perkusisty Amaury’ego. Gość czuje taką muzykę i potrafi w wolnych tempach nasycić swoje partie odpowiednim nerwem, dzięki czemu cała muzyka, pozornie przecież osadzona i przygnębiająca, dostaje niesamowitego kopa, a przede wszystkim – nie nudzi, o co w takiej konwencji bardzo łatwo.

Jak wspomniałem we wstępie, dzisiejszy, stylistyczny miszung powoduje, że coraz częściej łapię się na tym, że nie jestem w stanie dotrwać do końca płyty, bo nie za bardzo kumam, o co muzykom chodzi. Wiem, wychodzi ze mnie przywiązanie do szufladek; może i tak, jednak co to za przyjemność słuchać produkcji, która w ciągu kilkudziesięciu minut wędruje przez wszystkie, mniej lub bardziej znane terytoria. Okazuje się, że stare powiedzenie „jak coś jest do wszystkiego, to w zasadzie do niczego”, sprawdza się i tutaj. Dlatego „Mirages” to płyta wyjątkowa, bo muzykom udało się przykuć moją uwagę na dłużej i chętnie do krążka wracam. Choć wolałbym, żeby na następnej produkcji poszli w inną stronę. Tu już byli…

Arek Lerch

Cztery i pół