ARSON ANTHEM – Insecurity Notoriety (Housecore Records)

Nazwiska panów odpowiedzialnych za poniższą płytę skuszą na pewno wiele osób niekoniecznie lubiących punk rocka. Jednak w tym przypadku część odejdzie z kwitkiem. Na resztę czeka uczta w postaci jednej z ciekawszych punkowych produkcji ostatniego roku.

O tym, że Phil Anselmo czy Hank Williams III mają swoje prywatne piekło wiedział chyba każdy. Tym razem schodzą oni na najniższy poziom tegoż, by doświadczyć korzennej energii muzyki, która legła u podstaw ekstremalnego metalu. Co ciekawe, w tych dźwiękach nadal słychać to wszystko, co panowie robią i robili w swoich poprzednich /macierzystych zespołach (no, może za wyjątkiem Pantery…). Jest tu i nutka sludge metalu w wielu riffach, jest spalone południe, jest wreszcie wściekłość jaka wylewała się z płyt Superjoint Ritual („Naugh” czy „Teach The Gun”). Nade wszystko jest to jednak rasowa, punkowa płyta z całym bagażem dzikich zagrywek, które noszą w sobie smagnięcia Black Flag („Death Of An Idiot”), wkurwienie Discharge, d – beta’owo/crustowe szaleństwo („Initial Prick”, „Cripped Life”) i zawziętość mieszkańców Luizjany. Jeśli w minionym roku była jakaś lepsza płyta punk rockowa, to ja jej nie słyszałem. „Isolation Militia”, „Pretty Like That”, „Polite Society Blacklist”, „Hands Off Approach”, „Kleptomania” – to killery i mistrzostwo dwóch – trzech riffów, agresja wylewająca się z głośników, surowe brzmienie, napierdalająca w zawrotnych tempach, prosta perkusja i hałas, wszechogarniający hałas. A jednak słyszę gdzieś podskórnie doświadczenie, życiowy bagaż znaczący osobowości muzyków tworzących zespół. To szczeniackie rzucanie się na instrumenty, ale nawet z najprostszych uderzeń w gitary i bębny wyłania się doświadczenie, mrok, złość, negacja i zaprzaństwo. Wyłaniają się wszystkie syfy, jakich ci ludzie doświadczyli. I to właśnie na tych doświadczeniach, złych, trudnych i brudnych bazuje „Insecurity Notoriety”.

Z konfrontacji z płytą trudno wyjść zwycięsko, trudno też uznać muzykę za miłą dla ucha. Arson Anthem to pierwotne, instynktowne granie, na przekór zasadom i bez znaczenia jest rok, w jakim pozostaje ta muzyka. Ci panowie nic sobie nie robią z tego, że świat gna jak szalony. Może to jedyni ocaleli na wyspie wśród bagien, jedyni, którzy jeszcze nie poddali się globalizacji i tłuką swoje gdzieś w zatęchłych piwnicach? Nie wiem. Wiem za to, że taki punk rock do mnie jak najbardziej przemawia…

Arek Lerch 5