ARMIA – Toń (MMP)

Lata temu ktoś mądry powiedział, że jeśli polski punk miałby posiadać reprezentanta poza granicami kraju, jedynym kandydatem powinna być Armia. Dzisiaj można dodać, że zespół Tomka Budzyńskiego mógłby być reprezentantem krajowej muzyki w ogóle, bo umieszczanie go w kontekście sceny hc/punk nie ma większego sensu. Choć jednocześnie warto dodać – ku uciesze fanów bardziej tradycyjnego oblicza Armii – że na „Toni” zespół powrócił w rejony klasycznego, riffowego łomotu.

Minione lata były w przypadku Armii dość dziwne. Poprzedni – normalny – krążek studyjny to „Der Prozess” z 2009 roku. Zamykający pewien okres w twórczości zespołu, dodam – zamykający w sposób wybuchowy, bo rzeczona płyta jeszcze długo pozostanie osiągnięciem nie do pobicia, stawianym tuż obok klasyków w rodzaju „Triodante”. Potem zespół nagle skręcił w stronę eksperymentu, wydał płytę „Freak” z adekwatnym do tytułu materiałem, wreszcie rozpoczął mozolny proces zmian, po drodze zaliczając w sentymentalną „Podróż na wschód”; muzycy przewijali się jak w kalejdoskopie, w końcu nowa płyta została sfinalizowana w składzie odpowiedzialnym za MOR Trupiej Czaszki…

„Toń” jest dowodem na małą ewolucję, jaka zaszła w drodze artystycznej Tomka Budzyńskiego. Przede wszystkim postanowił rozgraniczyć swoje eksperymentalne wycieczki i czady, skutkiem czego możemy posłuchać sobie projektu „Rimbaud” z muzyką ciekawą, pokręconą, trudną do jednorazowego iBand szybkiego strawienia, a kiedy najdzie nas ochota na skakanie w rytm mocarnych, zabetonowanych konkretnymi riffami utworów, możemy sięgnąć po „Toń”. Nie wiem, czy ta płyta jest wynikiem faktycznie sentymentalnego powrotu do czadowej Armii, czy może wynikiem wspomnianych zmian, które w pewnym sensie nie pozwoliły jeszcze składowi dojrzeć do czegoś bardziej odjechanego, jednak – na szczęście – wreszcie słychać zgrany, pewny swego zespół, który prezentuje się świeżo, przynajmniej na tle koncertu, jaki miałem okazję zobaczyć ze trzy lata temu. Oczywiście, pisząc o czadach, mam na myśli czady tu i teraz, bo nadal sporo w tej muzyce zespołu pokręconych brzmień, które, choć stanowią tylko dodatek, fajnie urozmaicają płytę. Kilka zaskoczeń: „Ostatnia chwila”, która może być zatytułowana „Opowieścią zimową XXI wieku”, „Ukamienowanie” nawiązujące do „Drogi” czy „Grzech”, który mógłby zostać wpakowany jako bonus na „Triodante”. Z kolei maniaków bardziej zakręconej Armii usatysfakcjonują pewnie „Cud” i „Urkoloseum”, ocierające się o wielkość „Der Prozess”. Te wyliczanki mają potwierdzić, że zespół wyraźnie skłania się dzisiaj w stronę najlepszych, ale i najmocniejszych momentów w karierze. Mimo czadów, całość jawi mi się jako mocno… post rockowy zestaw. Poszczególne numery zawsze w którymś momencie, gdzieś pomiędzy wierszami przemycają trochę dźwięków lekko eksperymentalnych, choć aranżacje trzymają muzykę w mocnej klamrze rockowo – metalowej jazdy. A jeśli już ktoś chce awangardy pełną gębą, może podelektować się zamykającym płytę „Tam gdzie kończy się świat”. Bez zaskoczeń pozostaje warstwa liryczna – poezje wprowadzają jak zwykle muzykę w pełen medytacji, niemal filozoficzny wymiar, i chyba najlepiej to wszystko określa sam Tomek, porównujący ostatnio Armię do starej, siwowłosej katedry, cokolwiek ma to znaczyć.

Nie wiem, czy z powyższych słów wynika, jaki mam ostatecznie stosunek do tej płyty. Płyty, której największą zaletą jest 100% zawartość Armii w Armii. Ów klasyczny pierwiastek, podkreślony przez wspomniane liryki, obecność waltorni i ów wzniosły, charakterystyczny dla zespołu klimat, zapewnia coś w rodzaju łatwej identyfikacji z muzyką, z drugiej strony ujmuje twórczość Armii w pewne ramy, z których tylko na poziomie wspomnianego Procesu czy Freaka zdołała się wymknąć. Otwarte pozostaje zatem pytanie, czy na „Toni” mamy do czynienia z formułą skończoną, czy początkiem nowej drogi, prowadzącej, no właśnie… dokąd? Armię trzeba szanować. Smakować. Do Armii trzeba dojrzewać. Jestem w trakcie tego procesu  – „Ton” to płyta zasługująca na wyróżnienie i maksymalną punktację, choć trzeba  się trochę wysilić, by w pełni docenić ten materiał.

Arek Lerch

Sześć