ARMAGEDON – Invisible Circle/Dead Condemnation (Thrashing Madness)

Reedycja debiutanckiego albumu Armagedon, wzbogacona o demo „Dead Condemnation”, to jedno z niewielu naprawdę potrzebnych i wyczekiwanych wydawnictw tego rodzaju. Po pierwsze dlatego, że ten znakomity zespół nigdy nie doczekał się porządnego wydania na trwałym nośniku laserowym, jedynie na „profesjonalnym” CD-R. Po drugie, zapotrzebowanie na ten materiał nie jest jedynie wirtualne. Po trzecie i najważniejsze, te materiały to autentyczna klasyka, której czas się nie ima, a ponad dwadzieścia lat po nagraniu brzmią wciąż doskonale.

„Dead Condemnation” i „Invisible Circle” to zapis czasów, w których death metal był świeżą, żywą muzyką, a nie truchłem zapatrzonym we własną oldschoolowość. Energia epoki, przemnożona przez talent kompozytorski i wykonawczy zaowocowała samą esencją tego, co w gatunku najlepsze. Przemyślane, ale nie wydumane numerARMAGEDONy czerpią garściami z tego, co wówczas było na czasie: bestialstwa pierwszej płyty Deicide, monumentalności Morbid Angel i perfekcji Vader. Całość bazuje przede wszystkim na doskonałej pracy gitar grających mocne, zapamiętywalne riffy, a więc wartościach, które z biegiem lat ginęły w death metalu na rzecz coraz szybszych i głośniejszych bębnów, zagłuszających bylejakość utworów. Brzmieniowo łatwo powiązać oba materiały z czasem, w jakim zostały nagrane (głośny wokal, selektywne gitary, akustyczne bębny z „morrisoundowsko” cykającymi centralkami), ale –  podobnie jak najlepsze deathmetalowe nagrania z pierwszej połowy lat 90. – ani album, ani demo nie wypadają jak przestarzała ramota. Ta muzyka żyje i ma się dobrze, a o jej wartości decyduje nie jakiś wydumany kult i tani sentyment, ale emocje, sprawność wykonawcza i ogromny talent.

Smutne jest to, że o Armagedon zawsze mówić będziemy w nieco protekcjonalnej kategorii „jednego z najlepszych zespołów deathmetalowych Z POLSKI”, choć ta muzyka swobodnie wytrzymuje porównanie z ówczesnymi nagraniami tuzów death metalu. Tak się jednak losy potoczyły, że ekipa braci Maryniewskich utknęła na etapie nobliwego klasyka tylko we własnym kraju, co w żaden sposób nie umniejsza ich muzyce. Duże brawa należą się wydawcy – Thrashing Madness za sam pomysł i jego realizację – mastering nie ubił dynamiki brzmienia, oprawa graficzna prezentuje się świetnie, a płyta powinna znaleźć się na liście zakupów każdego, kto ceni sobie pierwszoligowy death metal bez krótkiej daty przydatności do spożycia.

Bartosz Cieślak

Sześć