ARCHGOAT – The Apocalyptic Triumphator (Debemur Morti)

Słyszałem kiedyś plotkę, że lider pewnego znanego zespołu, opisując swoją najnowszą płytę stwierdził, że w porównaniu z nią jego wcześniejsze dokonania brzmią jakby grały tę muzykę małpy. Taki skok jakościowy się w jego oczach dokonał pomiędzy jednym wydawnictwem a drugim. Ku mojej uciesze, fiński Archgoat na swojej najnowszej płycie nadal brzmi jakby grały w nim małpy, choć od wydania ich debiutanckiego demo minęło już prawie 25 lat.

Oczywiście, celowo to przerysowuję, bo chyba każdy zaznajomiony z tematem wychwyci, że ten programowy prymitywizm wynika z założeń formalnych, a nie z braku umiejętności. Ba, nawet produkcja tego krążka może zawstydzić niejeden zespół parający się bardziej finezyjną odmianą metalu. Tu jednak finezji nie ma za grosz. Jest szklanka bimbru zamiast lampki wytrawnego wina i zakrwawione ołtarze w miejscu regałów zastawionych dziełami filozofów. Muzyczni koneserzy nie postawią tej płyty na półce obok Amon Düül II, Alberta Aylera i Autechre, a członkowie Archgoat z pewnością prędzej chwycą za maczugę, niż za saksofon. Napisałbym coś o szlachetnej prostocie, ale w tych dźwiękach nie ma niczego szlachetnego. Bardziej pasowałyby tu jakieś wulgaryzmy, ale niekoniecznie muszę stylem recenzji naśladować estetykę opisywanej muzyki.Archgoat band

Trzeba podkreślić, że choć black metal grany przez Archgoat pochodzi z tego samego źródła, co muzyka Blasphemy i Beherit (są tu nawet pewne echa „Drawing Down the Moon”), to jest to jeden z nielicznych zespołów w tym nurcie, które posiadają rozpoznawalny styl. Może różnice pomiędzy ich płytami są kosmetyczne i sprowadzają się głównie do niuansów brzmieniowych, ale komu to tak naprawdę przeszkadza? Idąc do sklepu po butelkę Finlandii nie zastanawiasz się czy jej smak cię czymś zaskoczy i podobnie jest z płytami tego fińskiego zespołu.

Miło jest sięgnąć czasem po muzykę pozbawioną większych, artystycznych ambicji i robioną z myślą o machaniu głową, a nie drapaniu się po niej. No, przynajmniej ja lubię takie prymitywne łupanie, w którym puls muzyki jest ważniejszy niż ilość pomysłów wrzuconych do jednego utworu. Nie to, żeby za wszelką cenę unikać rzeczy bardziej wysublimowanych, ale od czasu do czasu dobrze jest zrelaksować się przy czymś tak tradycyjnie prostackim i wulgarnym.

Michał Spryszak

Pięć