ARCH ENEMY – Will to Power (Century Media)

Wielcy mistrzowie melodyjnej mielonki po szwedzku? A może jedynie kserokopiarka powermetalowych patentów z organami przeszczepionymi śmiercionośnemu rzemiosłu? Na to i wiele innych pytań szukamy odpowiedzi z Grzegorzem, a tematem dominującym było oczywiście najnowsze wydawnictwo grupy – „Will to Power”.

G: Panie kolego, nazwa Arch Enemy elektryzowała bez mała piętnaście, albo i więcej lat temu. Mnie, nigdy specjalnie nie ruszała, a teraz, po paru roszadach w składzie, zdawało by się, że przynoszących powiew świeżości, okazuje się, że nic się nie zmieniło…

Ł: Widzę, że już od początku stawiasz na pesymizm. Ja nie wiązałem żadnych oczekiwań z tym albumem. Dlaczego? Arch Enemy to dla mnie uosobienie tego, co powoduje, że czasami wstydzę się słuchać metalu. Bo oto dumny jak paw Michael Amott wpadł na pomysł połączenia riffów, których prehistorycznym źródłem pozostaje „Heartwork”, lecz znacznie gorszych od tego, co na tym materiale wyłożył. Dodatkowo kompozycje „zyskały” dzięki jeszcze większemu stężeniu lukru i klasycznego patosu, na którym niejedna metalowa kariera zajechała spory odcinek drogi. Widzisz, miało być o płycie, a ja podsumowałem i ją, i wszystko inne pod tym szyldem. Ach, ta magia słowa pisanego….

G: Trafnie podsumowałeś, aż nazbyt dobrze jak na swój staż w branży (śmiech). Faktem jest, że Arch Enemy miele swoje stare pomysły, lokując je w nowym opakowaniu. To dodadzą szczyptę czystych wokali, to solówki trochę mniej techniczne, ale najważniejsze, żeby był ogień. Tylko z płyty na płytę, coraz słabszy.

Ł: Chwila, Szanowny Panie, przecież poziom palcołomności solówek tej kapeli osiągnął szczyt właśnie na najnowszej płycie. Już po samych singlach, promowanych przekomicznymi klipami widać, jak wiele czasu Michał spędzał w domu nad dopieszczaniem każdej nutki w tych kakofonicznych popisach.band

G: Dopieszczał, a i tak niewiele z tego pamiętam. Z klipów samą prężącą się Alissę, a z muzyki, zmarnowany potencjał Loomisa..

Ł: Właśnie – nie rozbawił Cię fakt absolutnego pominięcia Loomisa w warstwie kompozycyjnej? To trochę tak, jakby dostać wysokiej klasy samochód za darmo, ale w dalszym ciągu zdzierać opony zdezelowanego Opla.

G: Ale to jest decyzja, no sam nie wiem, managementu? Angela o tym zadecydowała? Pół płyty napisał rudy z perkusistą, a i tak materiał „gada” jakby nagrali ten album dziesięć lat temu. Wierzyć mi się nie chce, że ktoś taki jak Loomis stał się kontraktowym najemnikiem. Mało tego, gra dziś cepelię niegodną swojego talentu.

Ł: Ja z kolei jestem w stanie zaakceptować taki obrót spraw. Po dokonaniu żywota Nevermore, dopiero Arch Enemy oferuje Loomisowi świetne zarobki w korelacji ze stałymi trasami koncertowymi i regularnie wydawanymi wydawanymi albumami.

G: No, ale ty jako słuchacz niekoniecznie chcesz, żeby muzyk zarabiał (śmiech). Mnie jego obecność w tym zespole kompletnie nie interesuje. Marnował się Gus G. marnuje się i on. Dodam jeszcze, że mogliby grać na jedno wiosło, a „Will To Power” dalej byłoby przeciętną płytą. No i najgorsze, po co te czyste wokale?!

Ł: Czyste wokale to przecież domena tego nowoczesnego death metalu w obramowaniu z przesłodkich melodii. Bardziej ubolewam nad stanowczym nadużywaniem podwójnej stopy w każdym z utworów. Przepraszam bardzo, ale dźwięk pralki wirującej na najwyższych obrotach i tak towarzyszy mi zbyt często.

G: Starszy z braci Erlanndsson najciekawsze rzeczy grał lata temu, a przynajmniej tak wnioskuję, bo choć został kompozytorem, i to z prawdziwego zdarzenia, dość oszczędnie szafuje swoimi możliwościami. A potrafi zarówno zagęścić w wolnych tempach jak i przywalić blastami, od których ten zespół nie wiedzieć czemu, na siłę się odżegnuje. Czy twin to taka wada? nie wiem. Raczej integralna część muzyki, tak jak te cleany. Tylko bardziej kojarzą mi się z metalcorem. The Agonist miało spore rzesze fanów wśród tego gatunku.

Ł: Wiesz, Modern Talking też miało rzesze fanów (śmiech). Po prostu cała ta powermetalowa otoczka mnie razi. Wesołe leady, komicznie zsynchronizowane małżeństwo riffów dla posiadaczy plecaków-kostek i perkusyjnych łupni. No, chciałbym się z tym polubić, ale za każdym razem wychodzi inaczej.

G: I tu trafiłeś w sedno, bo poza tym, że to metal dla mało wymagającego niemieckiego słuchacza, lubiąćego jak coś dudni na festiwalu, to najwierniejsi fani znajdą się w przedziale wiekowym 15-18 lat. Potem poznają Carcass i świat ulegnie kompletnemu przewartościowaniu.

Ł: Czy ja wiem? Tacy fani często zostają na poziomie Arch Enemy i jemu podobnych. Zdarza mi się minąć 30-latkow w koszulkach Sabaton, co w samo sobie jest z lekka traumatyczne. Ale wracając do Arch Enemy – sam zespół już dawno zyskał status kury znoszącej złote jaja. Sam wiesz, że nie jest ważne, jak o nich mówią – grunt, by nazwisk nie przekręcali. To samo z innymi mistrzami szwedzkiego kabaretu, Amon Amarth. Obydwa składy nie muszą zmieniać absolutnie niczego, by zapełniać wielotysięczne obiekty na swoich koncertach.live

G: Jest coś, co podoba Ci się w tej płycie?

Ł: Nie, zupełnie poważnie. Ani ta wysterylizowana produkcja, ani pakiet grzecznych riffów, o wokalu i natłoku solówek nie wspominając… A jak sprawa ma się u Ciebie?

G: Ja doceniam wytrwałość, klepanie tego samego od tylu lat… i niezmiennie trafianie w gusta tysięcy ludzi. To nie jest łatwa sztuka, tak samo pisanie tak słodkich riffów. Mało kto to potrafi, i tego Amottowi nie odmówię. Za to ganił będę za samocytowanie i granie dość bezpiecznego, takiego festiwalowego metalu.

Ł: Myślisz, że nastąpi moment, w którym ci wszyscy fascynaci melodyjnej łupaniny odwrócą się od Arch Enemy?

G: Nie, bo na horyzoncie nie ma zespołu o takiej sile „rażenia”, który wypełniłby po nich pustkę. Lubię melodyjny death metal, ale nie lubię Arch Enemy. Nie będę po nich płakał gdyby nagle zadziało się źle w ich obozie. Nawet im tego życzę. Odpływ gotówki przyniósłby dobry album.

Ł: No, trafiłes w punkt. A ja wracam szukać arcywrogów gdzie indziej. Na przykład na płytach Revenge.

G: Niech będzie. Tam dzieje się prawdziwa wojna (śmiech).

Narzekali Łukasz Brzozowski i Grzegorz Pindor