ARCH ENEMY – War Eternal (Century Media)

Arch Enemy, szwedzka ikona melodyjnego death metalu, niezmordowanie zasuwa do przodu. Nie powalą zespołu na ziemię nawet takie kopniaki w krocze jak odejście Angeli Gossow, która mikrofon zamieniła na biurko menadżerki… Arch Enemy. W sumie, zna się na tym biznesie, zespół pewnie jej ufa, zatem rozwiązanie idealne. Nowy nabytek w postaci Alissy White-Gluz jest powiewem świeżości, tak samo jak gitarowe popisy Nicka Cordle, który godnie zastąpił zblazowanego Christophera Amotta. I w zasadzie są to jedyne, pozytywne słowa z mojej strony.

Ostatnią płytą Szwedów, którą przesłuchałem w całości i bez zgrzytania zębami, był krążek „Anthems of Rebellion” z 2003 roku. Potem w zasadzie omijałem zespół szerokim łukiem, a dzisiaj, po przesłuchaniu nowej produkcji grupy, mogę płycie nadać podtytuł „Oto, dlaczego nie znoszę melodyjnego death metalu”. W zasadzie nie powinienem pisać tej recenzji, jednak czasami trzeba się wyżyć i tego subiektywizmu – co podkreślam – nikt mi nie zabroni. Cieszyłem się, że Angela dała sobie spokój, kiedy jednak zobaczyłem nową panią, załamałem się. Co takiego kobiety parające się metalem widzą w stylistyce rodem z gotyckiego filmu klasy D albo nawet E?! Angela wyglądała źle (może chodziło o fascynację Niemki amerykańskimi wieśniakami w kapeluszach?), niestety, Alissa ma jeszcze gorszy, kiczowaty aż do bólu styl. Podobnie mam z głupawymi opaskami z logo zespołu. Za każdym razem, kiedy spoglądam na zdjęcia, zadaję sobie pytanie – czy oni nie czują się głupio, zakładając przed koncertem te szmatki na ramiona? Nieodmiennie kojarzy mi się to ze sposobem, w jaki Niemcy znakowali pewną nację w Polsce w okolicach roku 40 -go. Ok., dość, bo najważniejsza jest przecież muzyka.Arch Enemy Band

I w tym miejscu w zasadzie nie wiem, co napisać. Stylistyka pozostała – jest melodyjnie, bardzo sprawnie pod względem technicznym. Nowy gitarzysta dodał muzyce Arch Enemy klasycznego sznytu, trzeba przyznać, że przebiera paluchami w znakomitym stylu. Co z tego, skoro upodobanie do kiczowatych zagrywek na „War Eternal” sięga zenitu. Tyle ckliwości, patosu i bezsensownego dmuchania balonu dawno nie słyszałem. Pół biedy, kiedy tną gitary i zasuwa perkusista. Niestety, muzycy Arch Enemy uznali, że orkiestralne zawodzenia, to coś, co może dodać ich muzyce rozmachu. Bingo! Udało się, tyle, że nie w tę stronę co trzeba. Czarę goryczy przelał „Time is Black” z symfonicznym środkiem; w tym momencie uznałem, że mój czas, jako słuchacza melodyjnego death metalu, skończył się bezpowrotnie, choć w zasadzie nigdy się nie zaczął. Przepraszam szanownych czytelników, szczególnie tych, co taką muzykę szanują, ale dla mnie ta płyta porównywalna jest jedynie z końcowym produktem przemiany materii. Doprawdy – jeśli ktoś może mnie przekonać, albo choć wyjaśnić, po jaką cholerę grać w 2014 roku w ten sposób (pomijam kwestie finansowe, które pewnie decydują o tym, że muzycy Arch Enemy lubią robić z siebie głupków…), będę niezwykle wdzięczny. Niestety, oceny nie będzie, bo nasz grafik nie przewidział opcji „zero gwiazdek”.

Arek Lerch