ARCH ENEMY – Khaos Legions (Century Media)

Historię muzyki metalowej, jej rozwój i przełomowe momenty wyznaczają megalityczne dzieła Slayer, Voivod, Morbid Angel, Celtic Frost czy Venom. Gdzieś na przeciwległym biegunie siedzą sobie zespoły w rodzaju Arch Enemy – niewybitne kapele grające w miarę bezpieczny metal dla dość szerokiej publiczności. I tak już od lat rzeźbią swoje, a jedynym zarzutem, jaki mogę im postawić jest to, że w po prostu mi się taka muzyka nie podoba.

Akurat z Arch Enemy sprawa nie jest może tak oczywista, bo z pewną nieśmiałością muszę się przyznać do sympatii dla ich koncertowego oblicza, ba, nawet DVD posiadam. W wydaniu płytowym nigdy mnie nie jednak nie przekonali, i to się już raczej nie zmieni. „Khaos Legions” to kolejna wariacja braci Ammott na temat niezapomnianego „Heartwork”, ale w bardziej przystępnym wydaniu, choć paradoksalnie także pozbawionym tej chwytliwości, jaką skrzył się czwarty album Carcass. Wypolerowane na wysoki połysk utwory są na tyle wypośrodkowane, by nie odstraszyć niewyrobionego słuchacza, co i rusz mizdrzą się pełnym patosu refrenem w sam raz do wykrzyczenia na koncercie i gitarowymi unisonami, jakich nie grano od czasów Thin Lizzy nieomalże. Niestety, sterylna produkcja, elektroniczne niby-smaczki i wyciągnięte na pierwszy plan gitarowe popisy kompletnie dławią dynamikę tej muzyki, która całkiem sympatycznie nabiera rumieńców podczas wykonania koncertowego. Arch Enemy nie jest zespołem amatorskim, więc takie kastrowanie własnych utworów z pewnością nie jest przypadkowe, ale zupełnie mi z tą koncepcją nie po drodze. Wyjątkowo nie podobają mi się monotonne, pozbawione ekspresji wokale, bodaj najgorsze jakie panna Gossow wyprodukowała w światowym epizodzie swojej kariery. Tyle, że to wszystko zupełnie nie wpływa na odbiór „Khaos Legions”, który nie odstaje od swoich poprzedników, a pewnie i następców, dzieląc dokładnie te same wady i zalety.

Nie mam w sobie bynajmniej takiego przekonania, że każdy metal na świecie winien brzmieć jak Autopsy i Entombed, i wtedy byłbym zadowolony – czasem można przekąsić hamburgera z baru dla taksówkarzy, a melodyjna frakcja (byłych?) deathmetalowców jest dla mnie takim właśnie muzycznym fastfoodem. Gorzej kiedy kuchta przesadzi z ilością sosów i czerwonej kapusty… Obstaję przy tym, że Arch Enemy i legiony (chaosu) im podobnych są potrzebne, jeśli nie jako muzyka relaksacyjna, to przynajmniej jako punkt odniesienia do wskazywania i oceny zjawisk ponadprzeciętnych.

Bartosz Cieślak  3