ARCADE FIRE – Everything Now (Sony)

Kilka lat remu, w recenzji płyty „Reflektor” napisałem: Arcade Fire nie odpowiadają, w jaką stronę podąża ich muzyczna wyobraźnia, nie dają jakiejkolwiek wskazówki, gdzie wylądujemy na piątym krążku. Dzisiaj już wiem, że fascynacje Abbą i parkietem pokrytym cekinami stały się podstawą muzyki na płycie „Everything Now”. I tu zaczyna się mały dramat, bo pomysłów i tłustych synthów starczyło na jakieś cztery piosenki. Niestety, ponad połowa płyty składa się z utworów brzmiących niczym wersje demo, błyszczących jak odpustowe świecidełka z prawdziwymi brylantami nie mające nic wspólnego. Jasne, w pewnych okolicznościach (samochód, impreza itp.) płyty słucha się pewnie dobrze, jednak dziennikarska sekcja obnaża miałkość kompozycji. Na FB zespołu zamieszczono fajne zdjęcia ze studia, z setkami elektronicznych zabawek, klawiatur i innych urządzeń, dlatego nasuwa się pytanie – może tego sprzętu było po prostu za dużo? Snujemy zatem z kolegą Pawłem ponure rozważania odnośnie tego co było i jest…

Paweł: Były wielkie nadzieje – bo „Reflektor” był albumem genialnym; była duża kampania marketingowa – chyba udana, skoro wokół Arcade Fire znów zrobił się szum, a jest… zawód. Balonik pękł z hukiem. Kiedy poczytasz recenzje – czy to na polskich, czy zagranicznych portalach – wszędzie krytyka i jęk z powodu niespełnionych oczekiwań. Dołączasz się do grona jęczących? (jakkolwiek źle by to nie brzmiało).

Arek: Niezręcznie od razu startować z kijem w ręku… Z tymi recenzjami, o których wspomniałeś, jest tak, że mogą przeszkodzić w odbiorze, dlatego, jak tylko zorientowałem się, że wszyscy jęczą i smarkają, od razu przestałem je czytać, bo zwyczajnie bałem się, że te sugestie cieniem położą się na lekturze płyty. Niestety, nawet będąc sympatykiem zespołu, nie sposób nie dołączyć do tego chóru. Arcade Fire to taki pupil sceny indie i ulubieniec dziennikarzy. Dotychczasowe poczynania były udane, „The Suburbs” doskonałe a „Reflektor” genialny. Cóż, podświadomie oczekiwałem, że zapędzą się w końcu w miejsce, gdzie się zwyczajnie utopią. Pytanie brzmi: czy to wypadek przy pracy, czy raczej celowe działanie ze świadomością takich właśnie reakcji.

Paweł: Myślisz, że ten album może być rodzajem prowokacji? Po „Reflektor” mieli kilka opcji – kolejna „taneczna” płyta, ale z jeszcze bardziej dusznym, chłodnym klimatem, powrót do bardziej tradycyjno – piosenkowych korzeni bądź też zwrot w jakąś zupełnie inną, nieprzewidywalną stronę. „Everything Now” ma w sobie taneczny vibe, ale obdarta jest z tej odhumanizowanej obskurności, którą mieliśmy na poprzednim krążku. Jest bardziej radosna, łatwiej przyswajalna i banalna – miejscami zbyt banalna („Peter Pan”). Nie wiem na ile ruch polegający na uproszczeniu formy przekazu miał związek ze zmianą wytwórni… A może to kolejne prowo? Pomyśleli, że ludzie będą spodziewali się „radiowego”, prostego krążka, więc postanowili te oczekiwania spełnić, a potem oglądać jak płonie świat i się śmiać. A może idę już za daleko…AF (1)

Arek: Do głowy im nie wejdziesz. W wywiadach pewnie będą mówili o koncepcji itp. Ale zobacz – można zrobić całkowicie elektroniczną płytę, opartą na latach 80. i stworzyć dzieło genialne, że o ostatnim Editors wspomnę. W przypadku Arcade Fire mamy do czynienia z innym problemem – po prostu nie ma tu 10 rewelacyjnych kompozycji. Na 13 indeksów mamy trzy kompozycje bardzo dobrze, z sensem trzymające się w takiej konwencji i resztę nawet nie tyle złą, co po prostu przeciętną. Jak na Arcade Fire. Nie sądziłem, że to powiem, ale płyta jest zwyczajnie BANALNA. Oczywiście, w aucie można puścić i jako taka tapeta „Everything Now” jest ok., jednak w momencie, kiedy bierzemy album na tzw. bęben dziennikarski, z tych numerów wyłazi pustka. Lecą sobie, i nic z tego nie wynika. Słuchałem płyty wiele razy i po pierwszych trzech numerach zaczynałem się wyłączać. Nic mnie nie zahaczało, nie powodowało gęsiej skórki. Pamiętam jak dostawałem pierdolca na punkcie „Reflektor”. Tu jest znudzenie. Cały czas jednak – jako niepoprawnie miły człowiek – staram się szukać w tym sensu. Czekam na moment, kiedy zrozumiem o co im chodziło. Bo nie wierzę, że są megalomanami, wierzącymi, że stworzyli kolejne, wielkie, albo choć ważne dzieło…

Paweł: Otóż to, za bardzo jest ta płyta banalna i jednowymiarowa – przesłuchasz ją jeden raz i masz wrażenie, że już ją znasz: wszystkie melodie wydają się znajome i wiesz dokładnie co w danym momencie się wydarzy. Kawałek tytułowy jest spoko – czuć ducha ABBY, flet w refrenie gra jak w „Watermelon Man” Hancocka, całość jakoś płynie i się nie nudzi. Ale o co im, do cholery, chodziło w takim „Peter Pan” albo „Chemistry”? Nuda i – często się to słowo pojawia – banał.

Arek: Dla mnie nudniejsze są wałki kończące płytę. Płyną sobie bez celu, nie mają chwytliwych melodii. Są szare… Nie wiem czemu nie zdecydowali się dociążyć tych nagrań, nasączyć je tłustą elektroniką. Zwyczajnie domalować. Prawdę ktoś powiedział, że numery z tej płyty brzmią jak demo. Ten materiał zespół powinien posłuchać parę miesięcy po nagraniu i dopiero wtedy na jego podstawie nagrać właściwą płytę, uprzednio albo wyrzucając, albo dopracowując parę numerów. Poza tym, problem polega na – chyba – zarozumialstwie. Może jest tak, że zespół stwierdził, że jest wystarczająco pomysłowy i pewny swego, że ejtisowa elektronika, duch Abby i własna popularność wystarczą, żeby znowu błysnąć? A przecież siłą poprzedniej płyty była nieoczywistość, fakt, że korzystając z tanecznego potencjału wiadomej epoki nie bali się z tymi piosenkami robić różnych rzeczy, eksperymentować formalnie, mieszać stylistyki. Po prostu zaskakiwać. Właśnie – zaskoczenia najbardziej mi na „EN” brakuje. Może jedynym zaskoczeniem są wspomniane pierwsze, udane numery, kiedy byłem w stanie uwierzyć, że to kanadyjski „In Dream” na resorach Abby. Odwróćmy jednak sytuację i zapytajmy: czy ta płyta może się podobać, czy zmiana perspektywy, odcięcie się od kontekstu poprzednich albumów może pomóc temu materiałowi?

Paweł: Myślę, że tak. Mówisz, że brakuje Ci elementu zaskoczenia, a ja jestem bardzo zaskoczony – tym, że Arcade Fire zaliczyli taki spadek formy. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że Kanadyjczycy poniżej pewnego poziomu nie schodzą; co ja mówię – byliśmy przyzwyczajeni, że nagrywają doskonałe krążki, aż tu nagle taka wpadka. To nie może nie wpływać na odbiór „Everything Now”. Może i dzięki tej płycie AF zyskają nowych fanów – pytanie, jaka będzie ich reakcja na poprzednie krążki. Ale ok – załóżmy na chwilę, że to ich debiut. Mają czystą, niezapisaną kartę. Co my tu mamy? Dużo ABBY, lat 80., różne stylistyki poprzetykane w dość oczywisty sposób, wpadające w ucho melodie (to trzeba im oddać, zostają w głowie, chociaż mnie szybko owe melodie zaczęły irytować) no i całkiem radosną atmosferę mimo ponurego wydźwięku tekstów. Ktoś w ogóle zwróciłby na nich uwagę?

Arek: Zależy, jaki byłby rok (śmiech). Wiadomo, że debiutanci mają ciężko, ale takie zespoły jak Arcade Fire też nie mają lepiej, bo od nich „się oczekuje„. Może ta płyta to wyraz zaplątania i dezorientacji? Może to element przejściowy, poczwarka, z której wykluwa się coś nowego, co usłyszymy za jakieś cztery lata? Ale wiadomo, dzisiaj jest dzisiaj i przez najbliższe, powiedzmy, 24 miesiące zespół będzie musiał łyknąć to piwo, którego nawarzył. Nie czytałem prasy zagranicznej i nie wiem jak tam płytę przyjęto, ale zobacz: jak na koncerty wezmą z tego krążka wspomniane trzy pierwsze wałki, dołożą może punkowy „Infinite Content”, wymieszają ze sprawdzonymi killerami z poprzednich płyt to będzie stykać. Nikt nie każe im grać całej płyty. A propos setlisty – może dorzucimy jeszcze najdłuższy na płycie „We Don’t Deserve Love”?

Paweł: Nie, bo jest za długi, rozwleczony na siłę. Rozumiem, że o to mogło chodzić – żeby w taki sposób „wystudzić” słuchacza, dać mu ochłonąć, złapać oddech – no ale nie ma po czym łapać oddechu, bo nie powiedziałbym, że krążek zapiera dech w piersiach. Ciągnie się ten numer i nie bardzo wiadomo dokąd. Zamiast uczucia pustki, które towarzyszy pierwszym chwilom po zakończeniu lektury dobrych płyt, jest raczej ulga, że to już koniec. Szkoda. Podobnie jest ze wspomnianym „Infinite Content” – nie podoba mi się, nie pasuje mi do reszty płyty, a do tego jest tak przesterowany, że aż uszy bolą.AF (2)

Arek: Ogólnie rzecz ujmując, Arcade Fire zaliczyło potknięcie. Skoro już wiemy, że ta płyta raczej chwały im nie przynosi, co powinni zrobić?

Paweł: Powinni dalej robić swoje. Myślę, że kolejnym krążkiem nas zaskoczą – nie wyobrażam sobie, że pójdą dalej w tym kierunku. Może wystarczy dopracować piosenki i posiedzieć nad nimi trochę dłużej?

Arek: Dokładnie tak – dłużej. Te numery brzmią jakby zrobili je – może nie wszystkie – na kolanie. Jak się przyłożą i będą mieli lepszy dzień, zrobią kolejny „Reflektor” (śmiech). Ale – i tu może trochę cię zaskoczę – będę od czasu do czasu do tej płyty wracał. I wcale nie dlatego, że trąci Abbą, bo akurat nigdy fenomenu tego zespołu nie kumałem do końca. Raczej dlatego, że jest lekka, w sumie optymistyczna i kiedy nadejdą zimowe, wkurwiające mnie zazwyczaj miesiące, płyta może „wejść” w łeb o wiele lepiej.

Paweł: Ja również wrócę, bo bardzo ten zespół szanuję, więc nadal mam nadzieję, że może po kilku miesiącach bez słuchania „EN” optyka mi się zmieni. Wiesz, jakaś klapka w mózgu się przestawi czy coś.

Arek: Dokładnie. W swoim życiu miałem już przypadki, że jakiś album, który mi nie leżał, po czasie trafiał jednak w łeb i odwrotnie, niektóre rzeczy, uznawane za doskonałe, zadziwiająco szybko matowiały. A Arcade Fire, mimo tej wpadki, nadal są dla mnie zespołem podnoszącym ciśnienie. W pozytywnym znaczeniu. Dlatego wiem, że jeszcze będziemy się nad nimi rozpływać w zachwytach…

Nad „Everything Now” pochylali się Paweł Drabarek i Arek Lerch