APTEKA – Od Pacyfizmu Do Ludobójstwa (Lou&Rocket Boys)

Wreszcie, chciałoby się powiedzieć. Wreszcie Jędrzej Kodymowski obudził się i nagrał taką płytę, na jaką wszyscy czekali. Płytę łączącą fajną muzykę z tekstem walącym w przeponę z siłą buhaja. Minione lata jakoś nie przyniosły niczego w tym stylu. „Apteka” była zbyt wygładzona, skrojona na potrzeby dużego wydawcy (choć zawierająca całkiem niezłe dźwięki…), zaś „Tylko dla…” to jeden wielki wybryk, poczynając od okładki, kończąc na muzyce i tekstach, hmmm.. niezbyt wysokich lotów. Wraz z „Pacyfizmem” zespół powraca do poziomu „Urojonych Całych Miast” i „Mendy”, czyli najlepszych krążków grupy.

 

Nowy skład, nowe pomysły, nowy wydawca i … stary, dobry Kodym. Kodym, który tym razem przygotował projekt na najwyższym poziomie. Już imponujący skład gości powoduje, że czuje się powagę sytuacji. Rozpocznę może od muzyki, bo ta jest tu najważniejsza. To zdecydowanie najmocniejszy album Apteki. Bardzo riffowy, rockowy, rzekłbym nawet miejscami nieco stonerowy, choć to raczej bardzo odległe skojarzenia. W zasadzie każdy kawałek jest sam w sobie szlagierem, sprawdzającym się i w domu i na koncercie (sprawdziłem…). Jędrzej po raz kolejny udowadnia, że jest nie tylko doskonałym prowokatorem i komentatorem, ale przede wszystkim – o czym jakoś mało kto chce mówić – znakomitym, bardzo czujnym gitarzystą. Kiedy odrywa się od klasycznego riffu, udając się na psychodeliczno – improwizatorskie poszukiwania, brzmi rewelacyjnie. Opanowanie psychodelicznego rozedrgania, świetna praca efektami (wah – wah używany w najlepszej, hendrix’owskiej tradycji…), luz i doskonały feeling czynią z niego poważnego konkurenta tych wszystkich zapatrzonych we własne umiejętności wyjadaczy. Ale Jędrzej ma też  coś, czego nikt inny nie posiada. Swoisty barometr, który pokazuje mu, gdzie najlepiej kopnąć, żeby kurewsko zabolało. I tu dochodzimy do najciekawszej strony płyty czyli tekstów. Ok., pozornie te proste, raczej mało ambitne , miejscami poniżej pasa opowiastki, sprowadzają Aptekę do roli kabaretu, jednak to tylko pozory, bo gdy wejdziemy głębiej w temat, okazuje się, że Kodymowski piętnuje naszą rzeczywistość lepiej niż niejeden wykształcony socjolog czy psycholog społeczny.

Najważniejsze jest jednak to, że przy pomocy swoich umiejętności jako kompozytor i uliczny poeta, Jędrzej stworzył kilka hitów, które na 200% wejdą do kanonu Aptekarskich szlagierów. Niewątpliwie jako pierwsza musi zostać wymieniona „Opowieść Medialna”, która stanie się zapewne alternatywą dla hitu „Chłopcy i dziewczyny” z „Mendy”.  Zgodnie z tytułem mamy tu wspaniały i jakże prawdziwy opis naszego – medialnego – establishmentu z chudymi modelkami, wiecznie młodymi starymi artystami, lansowanymi do wyrzygania i całe, dość jednoznacznie skurwiałe środowisko,  usilnie udające przed kamerą, że jest kul i krejzi, choć w rzeczywistości śmierdzi tak samo jak każdy na tym łez padole. I wreszcie celna puenta, która na twarzy co drugiej, telewizyjnej „gwiazdy” powinna pozostawić purpurę – „Nawet najdroższe, królewskie szaty nie zrobią z buca arystokraty…” .  Jakież to dramatycznie prawdziwe…  Podobny temat w równie fajnej, muzycznej oprawie porusza kawałek „Traktor Aktor”. Przytoczę tylko fragment, który oddaje zamysł artysty – „Brudy, odpadki, siki i kupa, a telewizor jest niczym dupa, leci wciąż rzadki, obleśny kał, jakby ten telewizor biegunkę miał”. Czy trzeba coś dodawać? Może po prostu wywalić telewizor przez okno? Dostaje się miejskiemu życiu w „Miasto Masa Maszyna”, pojawia się ukłon w stronę damsko – narkotykowego amoku („Amfetamina Haszysz Morfina”), jest trochę typowych, dadaistycznych wierszyków, jednak wyziera z nich niezwykła jaskrawość obserwacji.

Teraz coś o muzyce. Wspomniana „Opowieść Medialna” ubarwiona została świetną partią saksofonu, jednak to owa rockowa siła jest tu najważniejsza. Potężne nabicie w „Miasto Masa Maszyna” przywodzi na myśl Queens of the Sone Age, podobnie jest w „Traktor Aktor”, „Nie Faworyt” to rozpędzona, niemal punkowa petarda a „Rajska Polana” to zapętlony, przytłumiony transik, kierujący się w stronę tak lubianej przez Aptekę psychodelii. Nie trzeba być specjalnym znawcą, by zauważyć, że mamy do czynienia z doskonałymi kompozycjami. Najważniejsze zaś, że te proste, riffowane piosenki od razu zapadają w pamięć.

Widać, że Kodymowskiemu bardzo zależało na stworzeniu dobrego krążka, Może chciał w ten sposób zmyć niezbyt dobre wrażenie po nagranym w jakimś amoku, niepotrzebnym „Tylko dla…”, może miał zdecydowanie lepszy lot? Warto też zwrócić uwagę na nowych muzyków, którzy zagrali bardzo fajnie, doskonale punktując poczynania lidera. Dzisiaj mogę już spokojnie powiedzieć, że „Od pacyfizmu do ludobójstwa” stawiam w jednym szeregu z „Mendą” i „Urojonymi Miastami”. Warto było czekać. Apteka znowu pluje, wkurwia i cieszy. Niekoniecznie w takiej kolejności.

Arek Lerch 5