APATHEIA – Konstelacja Dziur (Godz ov War)

Imponuje mi konsekwencja, z jaką Greg wydaje muzykę podług swojego gustu, bez prób podwieszania się pod jadący wagonik jakiejś obecnej mikromody. Nie znaczy to, że każde wydawnictwo Godz ov War mnie zachwyca, ale widzę i doceniam linię programową. Apatheia jest taką płytą, która prawdopodobnie nie zostanie ze mną na resztę życia, mimo to nie zastanawiam się „co on w tym słyszy”, bo ja też to słyszę, i nawet mi się to podoba.

Na swoim pierwszym albumie Apatheia wsiada do wehikułu czasu i z całym bagażem doświadczeń i umiejętności cofa się o jakieś 20-25 lat. Tam wita ją norweski black metal w wydaniu polskim, czyli przede wszystkim demówkowy Sacrilegium i demówkowo-debiutowa Arkona. Na tym samym peronie wysiadał już zresztą debiut Absque Cor, solowy projekt Vosa, lidera Apatheia, w moim odczuciu o wiele mniej udany. „Konstelacja Dziur” to szybki, ale pozbawiony znamion pogoni za ekstremą black metal, podany w postaci długich, sensownie napisanych kompozycji ze słabością do transowego mielenia. Apatheia nie jest i nie stara się być garażowym rzęchem, płyta jest świetnie wyprodukowana, a pewne nakładki gitarowe brzmią wręcz jak melodie z płyt Mgły („Raj”). To oczywiście tylko ornament, bo choć forma przystaje do obecnych czasów, to kontekst i klimat jest bardziej jak z płyt z Astral Wings Records niż z np. z Nordvis.Band

Wierzę, ze na muzykę Apatheia jest pewne zapotrzebowanie w ramach niszy. Black metal starej szkoły dla fana takich brzmień nie ma zamiennika i zawsze znajdą się tacy, dla których elementy „atmosferyczne” czy „shoegaze’owe”, które przyniósł nowy wiek, są jak ananas na pizzy. Z drugiej strony piwniczne, podskakujące na wybojach kasetowe wynalazki mogą się w 2018 wydawać karykaturalne, zwłaszcza w obliczu założonego prymitywizmu ojców założycieli gatunku. I tu wjeżdża Apatheia, cała na czarno, wioząc udany black metal już nie obrażony na współczesność, ale jeszcze nie marzący o Off Festivalu.

Bartosz Cieślak

Cztery