AOSOTH – III (Agonia Records)

Black metal to tak pojemny worek, że udźwignąć go może tylko wybitnie wysportowany święty Mikołaj. To chyba jedna z najbardziej otwartych na eksperyment wszelaki nisz, absorbująca wszystko, co w muzyce pojawiło się przez ostatnią dekadę. Francuski Aosoth to sztandarowy przykład tej tendencji. Pozostając w zasadzie tworem mało oryginalnym,  łączy w swojej muzyce strasznie dużo zaskakujących wpływów.

Już sama lista płac daje nam niejakie rozeznanie o co chodzi w muzyce Aosoth. Muzycy zespołu mają w swoim portfolio takie nazwy jak Genital Grinder, Antaeus, Aborted, Temple Of Baal czy Deviant. Chyba wystarczy, prawda? Jednym słowem – lekko nie jest a jeśli weźmiemy pod uwagę, że długość kawałków waha się od 5 do prawie 10 minut, już wiadomo, że trzeba przygotować się na ciężką konfrontację. Pierwszy kontakt z muzyką grupy może być nawet dość jednoznacznie oczywisty – black metal, raczej starej szkoły, zima i wisielcza atmosfera. Jeśli dodać, że zespół preferuje dość zamglone, przybrudzone brzmienie, przebijanie się przez warstwy hałasu staje się wręcz męczące. Warto? Chyba tak, choć jest to ewidentnie muzyka dla wytrwałego słuchacza.

Najważniejsza jest tu ponura aura, unosząca się nad muzyką. To ona zdominowała całe masy pomysłów, które zespół dość zgrabnie serwuje w ramach poszczególnych utworów. Oczywiście, główne danie to blasty, szybkie partie, owiane surowymi, mocno  inspirowanymi starą szkołą riffami. W każdym z sześciu kawałków (dla formalności oznaczonych cyframi…) grupa kombinuje, niejednokrotnie zarzucając szybkość na rzecz niemal sludge’owej motoryki, pogłębiającej przygniatającą atmosferę. Trafiają się tu też awangardowe rozjazdy (środkowa część kawałka nr 2), jest mnóstwo ambientowych smaczków, od drobnych wtrętów aż po prawdziwie wisielcze pejzaże (ostatnie cztery minuty „6”). Trafia się i noise i industrial (mechaniczny puls w „5”), pojawia się fortepian (3), jest sporo sprawnie generowanego łomotu, zgrabnie skontrastowanego z licznymi zmianami temp.

No i najważniejsza konkluzja, która gdzieś we wstępie już się pojawiła, przy całej swojej nieoryginalności, zespół potrafi zaskoczyć, wykorzystując całkiem ciekawie zupełnie nieprzystające do black metalu środki, tak aranżacyjne jak i kompozycyjne (niektóre riffy…). Dzięki wspólnemu, dusznemu brzmieniu wszystko stapia się w całość, z której dopiero po jakimś czasie jesteśmy w stanie wyłowić wszystkie niuanse. Dlatego tylko wytrwały słuchacz zostanie nagrodzony prezentem w postaci drugiego, ambitnego dna trzeciej płyty zespołu. Nie powiem, że jest to krążek na każdą okazję. Raczej nadaje się do indywidualnej i uważnej kontemplacji. Jeśli oczywiście, w dobie teledyskowej rzeczywistości, kogoś jeszcze stać na poświęcenie 45 minut z coraz to bardziej kurczącej się rzeczywistości…

Arek Lerch  

Cztery i pół