ANY GIVEN DAY – My Longest Way Home (Redfield Records)

Niemiecki metalcore nigdy nie miał się tak dobrze. Pionierzy nurtu z Caliban wydali bardzo dobry album, wtórują im pozostający w niezmiennej formie wojownicy z Heaven Shall Burn, a młodzież, mniej lub bardziej łojąca na podobną modłę, wcale nie odbiega od poziomu tuzów sceny. Zespołem, który śmiało może aspirować do pierwszej ligi tego grania, jest Any Given Day, który w styczniu pojawi się w Polsce w roli supportu najbardziej zasłużonej dla gatunku formacji po tej stronie globu.

Muzycznie Niemcy stoją po podobnej stronie barykady co przedstawiciele Rise Records i Facedown. Dokładniej rzec z ujmując gdyby nie progresywne zapędy, można by ich postawić gdzieś między Memphis May Fire i We Came as Romans. Na całe szczęście, w przeciwieństwie do obu wymienionych zespołów, Any Given Day nie są ani tak pompatyczni jak WCAR, ani tak przewidywalni jak Memphis May Fire. Ponadto, „My Longest Way Home” to materiał, który z angielska łatwo określić mianem „vocal driven”. Nawet, kiedy panowie przypominają sobie jak wściekle napierdzielać i zmierzają w kierunku australijskiej odsłony takiego grania, czyste wokale odgrywają tu najważniejszą rolę, i choć wydawać by się mogło, że śpiew spłaszcza muzykę, jest odwrotnie. Moc drzemiąca w głosie wokalisty Dennia Diehla jest ogromna i śmiem twierdzić, że to najlepszy wokal jaki słyszałem w tym roku. A już na pewno w tego typu graniu. Czy to niemal post-hardcore’owe refreny, czy „normalne” partie, ja jestem kupiony.

Najmniej interesująco wypada sekcja rytmiczna, co poniekąd widać już na klipach zespołu. Zarówno basista jak i perkusista grają z typową manierą i niczym się nie wyróżniają. A szkoda, bo miejsc na pogmatwanie partii jest niemało, tym bardziej, że panowie lubią odpuścić łomot na rzecz przestrzeni. Zresztą, sami zobaczycie w styczniu lub na wideo; siedzący za zestawem Raphael Altmann, może i wkłada w granie energię, ale widać, że nie serducho.AGD Band

Co do ogólnego brzmienia i kwestii riffów – bardzo przyzwoicie zrealizowany krążek zawierający przynajmniej z tuzin zajebiście łatwo zapamiętywalnych a jednocześnie nie podręcznikowych zagrywek. Wachlarz owych znajduje się w moim ulubionym „Home Is Where the Heart Is” (tylko bez skojarzeń z Parkway Drive) i w największym bangerze „Never Say Die”. Jest czego słuchać, do czego machać banią, no i wierzyć, że bębny są żywe. Chociaż teraz mało kto pozwala sobie na prawdziwą sesję. Jak dla mnie, mimo, że już nie do końca mam po drodze z takimi dźwiękami, Any Given Day ze swym debiutem mają szansę mocno namieszać.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery