ANTHEM – Praeposterum (Mad Lion Records)

Z muzyką Anthem po raz pierwszy zetknąłem się dobrych kilka lat temu, podczas wspólnego koncertowania z grupą Trauma na trasie Killing Assault II. Dzięki temu, oprócz doznań słuchowych miałem okazję skonfrontować muzykę zespołu także na żywo. Efekt był porażający! Rzadko kiedy ma się okazję usłyszeć wpływy tylu doskonałości zza oceanu, jak choćby Bolt Thrower, Deicide, Cannibal Corpse czy wczesny Morbid Angel. Pamiętam tę niesamowitą energię bijącą ze sceny. Z pewnością ogromna w tym zasługa charyzmatycznego lidera grupy, jakim niewątpliwie jest Vivi (który poza wokalowaniem obsługuje jeszcze pierwsze skrzypce w zespole, czyli gitarę solową!). Od tamtego czasu staram się kibicować Anthem, bo mimo iż kraj nasz śmierci metalem mocny to jednak tych pereł na oficjalnym rynku jest jeszcze stosunkowo niewiele.

Duże wytwórnie wolą wydawać sprawdzone, mające ugruntowaną pozycję na rynku zespoły, niekiedy nie mające już wiele do powiedzenia. Te mniejsze, młode i przede wszystkim oryginalne oraz pełne pomysłów, muszą radzić sobie na własną rękę, wydając ogromne pieniądze na dopracowanie materiału, którego ostateczne wydanie drogą oficjalną zawsze pozostaje wielką niewiadomą. Na szczęście, powstaje w naszym kraju duża ilość prężnych, niezależnych wydawnictw, najczęściej kierowanych przez jedną, w stu procentach oddaną muzyce metalowej personę. I to właśnie spod ich skrzydeł wychodzą dzieła naprawdę godne uwagi! Ale nie o rynku muzycznym w Polsce to artykuł, a recenzja takiej właśnie, jak wyżej wspomniane, perełki. Odbezpieczając z folii „Praeposterum”, biorąc pod uwagę poprzednie wydawnictwa grupy, nie spodziewałem się jakiegoś ogromnego progresu, gdyż Vivi z kolegami od początku konsekwentnie kroczy świadomie obraną drogą ultraszybkiego, niezwykle bluźnierczego i brutalnego death metalu! Taki też bez wątpienia jest omawiany krążek.anthem

Od pierwszych dźwięków „Praeposterum” zostajemy zmiażdżeni potężną dawką basu, zapewne producent płyty nie oszczędzał niskich częstotliwości. Wespół z ciężarem masakruje nas kaskada tnących jak brzytwa gitarowych riffów, podpartych nawałem ultraszybkich blastów. W końcu egzekucji na naszych, do granic wytrzymałości zbolałych narządach słuchowych dokonują solówki, świdrujące niczym sąsiad usiłujący wywiercić otwór w żelbetonie wiertarką bez udaru! A wszystko to okraszone niezwykle niskim, raz po raz wypluwającym z siebie kolejne bluźnierstwa wokalem Viviego. Zresztą, może to tylko moje odczucie, ale płyta zrealizowana jest w taki sposób, iż po każdej kolejnej z nią konfrontacji coraz bardziej, niczym przez dżunglę, przedzieramy się przez jej „gęstą” strukturę realizacji i zaczynamy wychwytywać dźwięki, które na pierwszy „rzut ucha” zupełnie pominęliśmy. Dopiero szósty na płycie utwór „666”, a w zasadzie melodyjne gitarowe unisono przywodzące na myśl nasz rodzimy Ghost z okolic demo „Renown”, daje minutę ukojenia. Ale tylko po to, by po chwili odpalić z jeszcze większą mocą „Rytuał Destrukcji”, a po nim chyba mój ulubiony na płycie „Rokosz”. I tak mniej więcej byłoby już do końca, gdyby nie zamykający płytę „Liber al vel legis”. Znany z ep-ki „Necronomicon” utwór odbiega nieco od całej reszty. Tempo oczywiście to samo co w przypadku poprzedników, ale jednak zupełnie inny aranż. Riff niczym „Day 69”, dużo rwanych, ciętych gitar, rozbudowana kompozycja (najdłuższa na płycie), ciekawe zmiany tempa. To konglomerat, który daje odetchnąć słuchaczowi, przy czym nie traci nic na swojej pierwotnej sile. Wręcz przeciwnie! Osobiście mam cichą nadzieję, iż „Liber al vel legis” to taka niepisana zapowiedź tego w jakim kierunku zespół pójdzie na następnym wydawnictwie. Obym się nie mylił! Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak przytoczyć kilka słów od wydawcy Anthem, czyli Mad Lion Records, z którymi nomen omen zgadzam się w stu procentach: „Perfekcyjne zniszczenie z ponaddźwiękową szybkością„.

Krzysztof „Dziadek” Dobrowolski

Pięć