ANATOMY OF HABIT  – Ciphers+Axioms (Relapse)

Przez wiele lat wytwórnię Relapse traktowałem nie tyle z szacunkiem co może nawet uwielbieniem, „łykając” w ciemno, wszystko co sygnowała. Niestety, od jakiegoś czasu produkcje tej stajni nie podnoszą mi aż tak bardzo ciśnienia. Tym bardziej, że włodarze niezależnego molocha z sobie tylko wiadomych powodów odeszli od profilowego, technicznego napierania. Byłoby dobrze, gdyby nadal pozostali przy rzeczach oryginalnych, ale niezrozumiała dla mnie fascynacja dość przeciętnymi zespołami z kręgów punk i death/black metalu lekko mnie zniesmaczyła. Zaraz obok sadowią się produkcje z szeroko pojętego kręgu eksperymentalnego sludge metalu, gdzie też trafiają się różne rzeczy. Bo np. obok dość nudnego Atriarch czy zupełnie jak dla mnie męczącej, nowej produkcji Inter Arma (jeden monstrualny, 45 – minutowy wałek, z którego można ostatecznie wykroić np. 10 minut czegoś ciekawego…) znajdujemy supergrupę Anatomy of Habit, która jest o tyle ciekawa, że jako kolejny zespół (obok Circle of Animals) postanowiła oddać hołd wczesnej twórczości SWANS. Nawet udany, na szczęście.

Anatomy of Habit zasługuje także, w pewnym sensie, na miano supergrupy, bo znajdziemy tu kilka znanych z innych konfiguracji person. Najjaśniej świeci oczywiście pałker min. Tortoise – John McEntire, poza tym jest Mark Solotoroff (Bloodyminded), Will Lindsay, znany z Indian czy Wolves In The Throne Room plus jeszcze parę tu i ówdzie działających person. Widać, panowie się strasznie nudzą, bo stworzyli płytę składającą się z dwóch, dwudziestominutowych kompozycji, które w dużej mierze oddają ducha starego, upiornie wolnego SWANS z domieszką nieco post rockowej aury Slint. Gdzieś w materiałach promocyjnych przewija się oczywiście porównanie do Neurosis, ale zostawmy biedaków w spokoju, bo chyba już rzygają tym, że praktycznie każdy, wolno grający zespół musi sobie nimi wycierać ryja.

Anatomy Band

Tyle statystyk i listy płac, teraz konkrety. Zespół skupia się na wygenerowaniu mrocznego, transowego klimatu, co szczególnie udaje się w przypadku utworu „Radiate and Recede”. Świetnie zaaranżowana przestrzeń, oszczędne dźwięki, które dopiero gdzieś w drugiej połowie nieco się zagęszczają. W sumie niepotrzebnie, bo kiedy zespół zaczyna się szybciej uwijać, ginie gdzieś ten perwersyjny klimacik. Całość faktycznie przypomina zespół Giry, szczególnie gdzieś z okolic „Greed” czy „Holy Money”, tyle że z większym udziałem gitarowego riffowania. Choć przyznam też, że można było skrócić ten utwór o jakieś pięć minut i nikt by na tym nie ucierpiał. Podobny zarzut mam do kawałka „Then Window”, który już od dziesiątej minuty zmienia się w monotonny, świszczący dron; może i jest on fajny, ale w kontekście płyty brzmi trochę, jakby zespół z powodu braku materiału musiał użyć go jako protezy. Może był to wymóg, aby debiut mógł być płytą długogrającą? Pewnie przesadzam, ale troszkę śmierdzi mi to lekkim naciąganiem. Rozumiem, że nie każdy musi mieć tyle pomysłów co Gira, który z powodzeniem zapełnia jednorazowo dwa kompakty i trzy winyle, ale można było bardziej się wysilić. Oczywiście, dla kogoś będzie to dowód bezkompromisowości muzykantów, ale nie jest to chyba prawda…

Mimo tych lekkich utyskiwań, jest to pewnie pierwsza od dłuższego czasu płyta z Relapse, którą przesłuchałem do końca (no, może poza tym wkurwiającym dronem…) i choć zdaję sobie sprawę, że takie supergrupy mają zazwyczaj krótki żywot, chciałbym usłyszeć kolejny materiał, złożony np. z kilku krótszych i treściwych pieśni. Kierunek jak najbardziej dobry.

Arek Lerch 

Cztery