ANAAL  NATHRAKH – Vanitas (Candlelight)

Anale wystartowały w pięknym stylu, redefiniując  pojęcie ekstremalnej muzyki na „The Codex Necro”. Mając taki fundament, można niszczyć otoczenie i bić się o złotą patelnię. I zespół bił się popełniając kolejne płyty. A ja już od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy nie jest ich po prostu za dużo…

Pamiętam, jakie wrażenie wywarły pierwsze krążki Angoli. Niepokoiły i pokazywały, że granice ekstremy są z gumy. Dla mnie, poza początkami, płytą, która mocno przeorała mózg była niedoceniona  „Hell Is Empty…” z faktycznie atmosferą końca świata i niesamowitymi aranżacjami. Dzisiaj,  szczególnie po lekturze poprzedniego krążka „Passion”, słuchając najnowszego dzieła zastanawiam się nad sensem funkcjonowania kapeli. Owszem, jak zwykle wszystko jest poukładane, pracuje jak maszyna, jest nawet trochę melodii i chorych, niemal black metalowych klimatów („Of Fire And Fucking Pigs”, „Metaphor For The Dead” – Cradle of Filth w industrialnym sosie?!)… Cóż z tego, skoro zespół porywa tylko w niektórych miejscach, jak np. w świetnym, napiętym do granic możliwości „You Can’t Save Me, So Stop Fucking Trying”. Reszta jest poprawna, co w przypadku obrazoburczej przeszłości brzmi przerażająco smutno. Zespół jawi mi się dzisiaj jako produkt, który jest co najwyżej ciekawostką, a nie mesjaszem dźwiękowej zagłady. Ciekawostką mocną, nasączoną tą specyficzną, niemal industrialną manierą, przesterowaną i apokaliptyczną, ale też i rzemieślniczo oczywistą. Zmęczenie materiału?

Nie spodziewałem się po tej płycie niczego nowego, z całym szacunkiem dla Kenney’a i Hunta. A to chyba największy dramat zespołu, który jeszcze parę lat temu rozwalał scenę metalową od środka i budził zrozumiałe kontrowersje. Można posłuchać, warto wiedzieć, że nadal mają ikrę, nie trzeba jednak liczyć na zbyt wiele…

Arek Lerch