AMPACITY – The Sum of All Flaws (Instant Classic)

Nikt nie lubi rozgotowanego makaronu. Ampacity serwuje nam produkt idealnie przygotowany, gotowy do spożycia, a przy tym pod paroma względami zupełnie odmienny od wydanej w ubiegłym roku Superluminal. „The Sum Of All Flaws” to płyta nagrana spontanicznie i szybko, zgrabnie spinająca klamrą dotychczasową działalność trójmiejskiej kapeli, która zaczyna teraz nowe życie. Życie bez klawiszowca. Razem z kolegą Adamem próbujemy zgadnąć, jakie to życie będzie.

Paweł: Coś się kończy, coś się zaczyna. Ampacity rozstaje się z klawiszowcem i na pożegnanie wypuszcza taką oto ep-kę. Powstaje pytanie, czy to bardziej zamknięcie poprzedniego rozdziału, czy początek nowego. Czy Ampacity bez klawiszy to będzie rzeczywiście inny zespół?

Adam: Wydaje mi się, że tak. Zdecydowanie. To jeden z takich zespołów, po których tak do końca nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać (choć rzeczą jasną jest, że nagle nie zaczną uprawiać jazzu). Już ta ep-ka, mimo, że nagrana w starym „układzie sił” dość znacznie różni się od poprzednika – „Superluminal”. Po takiej zmianie, jaką zespół właśnie zapowiedział, siłą rzeczy musi nastąpić przesunięcie pewnych akcentów. Co nie oznacza, że będzie prościej. A może jednak…

Paweł: Jeżeli gitary będą pełniły od teraz jeszcze ważniejszą rolę w ich muzyce, to ja to jak najbardziej kupuję, bo partie gitarowe na „The Sum Of All Flaws” bardzo mi robią – szczególnie główny riff z kawałka tytułowego. To nadal nieco prog-rockowe granie, miejscami połamane, ale coraz więcej tam również psychodelii i transu. Muszę powiedzieć, że ta ep-ka podoba mi się bardziej niż „Superluminal” – jest krótka, zwarta i bardziej spontaniczna. Te 22 minuty to idealny czas, kompletnie nie czuję niedosytu, a muzyka nie przygniata i nie męczy.

Adam: Ja mam nieco inaczej – bardziej podpasowało mi „Superluminal”. Uchwycone tam zostało całe spektrum emocji. To wędrówka po naprawdę odległych od siebie światach. Wiadomo, że małe płyty rządzą się swoimi prawami i takiej podróży na przestrzeni 22 minut po prostu ciężko doświadczyć. Jak najbardziej rozumiem też sens wydania ep-ki w takich właśnie okolicznościach, choć przecież ktoś mógłby stwierdzić, że jeżeli zespół w dotychczasowym kształcie odchodzi w niebyt, wypuszczanie w świat takich ostatnich podrygów jest bezzasadne. Ja widzę to jako finalne dokonanie kolektywu okrzepłego, w pełni dojrzałego, który przeszedł swoją drogę i teraz musi wziąć zakręt. Fajne podsumowanie ważnego etapu. I nie jest to album zły, natomiast w stosunku do poprzednika nie błyszczy.Hydrozagadka

Paweł: Nie porwał Cię groove w tytułowym? Toż to „Immigrant Song” na kwasie! Mnie ten numer rozłożył na łopatki.

Adam: Porwać, nie porwał. Jest dobrze, to fakt. Choć mnie akurat bardziej pozytywnie zaskoczył utwór otwierający, tymi swoimi niemal post-blackowymi pasażami. Numery są trzy, wszystkie co najmniej dobre. Co mnie boli i wpływa na brak zachwytu? Chyba tylko to, że psychodela i krótkie formy się trochę gryzą. Jasne, to zbiór kilku niezłych piosenek, tylko… nie stoi za tym myśl przewodnia, koncept. Bo i jak ma stać, przy tak krótkiej formie. Ale to taki nieistotny kamyczek do ogródka.

Paweł: Ja natomiast powiem, że krótka forma tego wydawnictwa jest dla mnie wielką zaletą. Jakkolwiek lubię psychodelę, tak niektóre płyty mnie nudzą właśnie dlatego, że są na siłę wydłużane. A po co są wydłużane? Ano po to, aby były jeszcze bardziej psychodeliczne, jeszcze bardziej transowe. To generalnie jest OK, ale w niektórych przypadkach wychodzi z tego rozgotowany makaron. Tutaj jest krótko i treściwie. Ale wiadomo – kwestia gustu.

Adam: Generalnie masz rację, bo nie ma nic gorszego, niż rozgotowany makaron. Jeżeli muzycy mieli materiał na takiej właśnie długości ep-kę i w taki sposób chcieli zwieńczyć pewien etap, to nie pozostaje nic innego, jak temu pomysłowi przyklasnąć i słuchać. To tylko wyraz lekkiego czepialstwa z mojej strony. A jak pod kątem czysto muzycznym odbierasz „The Sum of All Flaws” w porównaniu do poprzednika? I jak myślisz, w jakim kierunku może się to potoczyć w przyszłości? Mówi Ci coś nazwa Broken Betty?

Paweł: Nie ukrywam, że ep-ka sprawia mi więcej frajdy, ale nie zamierzam wygłaszać jakichś definitywnych opinii rozstrzygających, który krążek jest lepszy. Do tego potrzebny jest czas, a „The Sun Of All Flaws” to jeszcze świeża sprawa. Strasznie trudno jest wyrokować, co się teraz stanie. Nie spodziewam się diametralnych zmian, bo przecież trzon zespołu pozostał ten sam. Na pewno będzie trzeba teraz pisać numery nieco inaczej, w jakiś sposób zastąpić tę przestrzeń, którą wypełniały klawisze, i to nie klawiszami… Broken Betty oczywiście znam, ale nie – nie wierzę, że powrócą do takiego grania. Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.

Adam: Nie mówię o powrocie do dokładnie takiego grania, bo wszystkie prawa ewolucji takiej możliwości przeczą. Nie da się powrócić do idealnego stanu sprzed lat, w obliczu wszystkich nabytych od tego czasu przyzwyczajeń i umiejętności. Nie da się jednak ukryć, że pierwsze, najbardziej naturalne rozwiązanie, jakie przychodzi na myśl w zaistniałej sytuacji, to właśnie lekkie uproszczenie muzyki. Może nie od razu w stylu pierwszych, grunge’owych dokonań BB, ale tych ostatnich, już bardziej kosmicznych – czemu nie? Z tego, co pamiętam, jako trio udawało im się uzyskiwać naprawdę dobre efekty. Teraz, po latach, z bagażem doświadczeń i nabytej po drodze „mądrości muzycznej”, może być tylko lepiej. Klawisze były ważnym elementem układanki, ale czy na pewno trzeba skupiać się na ich zastępowaniu? To dobry moment, by wymyślić siebie na nowo i po raz kolejny (no, może nieco bardziej niż zazwyczaj) zaskoczyć słuchaczy. A masz, myśląc życzeniowo, jakiś idealny – z Twojego punktu widzenia oczywiście – kierunek rozwoju Ampacity?

Paweł: No więc jeśli mamy bawić się w koncert życzeń to chciałbym, aby było w tej muzyce jeszcze więcej spontanu i improwizacji oraz żeby akcent położony był na rytm. Przy czym nie sądzę, aby moje życzenia się spełniły i, prawdę mówiąc, bardzo bym się z tego ucieszył. Dlatego, że najbardziej bym chciał, aby Ampacity znów mnie czymś zaskoczyło.ampacity

Adam: Również chciałbym jakiejś niespodzianki. Zespół zdążył już do takowych przyzwyczaić, bo chociaż poruszał się w obrębie jednej stylistyki, to jednak za każdym razem coś zmieniał, dodawał, modyfikował. Tak, jak teraz – atmosfera jest nieco bardziej chłodna, a rytmy poplątane. Zdaję się jednak na artystyczny instynkt muzyków, ale jeżeli w przyszłej odsłonie Ampacity znalazłoby się miejsce dla odrobiny rock’n’rollowej prostoty, rodem z BB, będę wniebowzięty.

Paweł: Chciałbyś piosenek?

Adam: Nie sensu stricte, bo – jak już pisałem – takie cofanie się jest raczej niemożliwe i chyba nikomu niepotrzebne. Ani odbiorcom, ani tym bardziej kapeli. Tamten rozdział został definitywnie zamknięty, Ampacity to Ampacity, nowa karta, zdecydowanie dojrzalszy i, nie bójmy się tego powiedzieć, lepszy zespół. Nie obraziłbym się jednak za szczyptę szaleństwa w nowych nagraniach. A w tej szczypcie trochę rock’n’rolla. A od piosenek są inni.

Paweł: Czyli jesteśmy zgodni – chcemy niespodzianki. Oby nie wywinęli nam psikusa i się nie rozpadli – chociaż byłaby w tym i szczypta szaleństwa, i element zaskoczenia.

Rozmawiali Paweł Drabarek i Adam Gościniak