AMPACITY – Superluminal (Instant Classic)

Przy okazji nowej płyty Trójmiejskiej załogi, nie mogę zapomnieć o filmie „Grawitacja”. Może to przez okładkę, może przez „kosmiczną” muzykę? Ogólnie słuchanie tej płyty powoduje, że zaczynam dryfować. Gdzieś tam, w przestrzeni, myśli uciekają, intuicyjnie zaczynam zwalniać, wpadając w trans. Wciąga „Superluminal” i bardzo mocno hipnotyzuje. Czyli jest dobrze; organiczne odczuwanie nowej produkcji Ampacity jest odpowiedzią na pytanie, czy jest lepiej niż na Encounter One. Jest.

Choć zespół nie wykonał jakiejś strasznej wolty stylistycznej, po prostu wystrzelił się w kosmos i patrząc na gwiazdy, wciąga kwasa. Cała płyta ukierunkowana jest na mocny trip i aż kipi od pomysłów. To mnie chyba najbardziej zaskoczyło. Wprawdzie nadal czuję tu klimat psychodelicznych lat 70., jednak tym razem środek ciężkości przesunął się zdecydowanie w stronę progresywnych poszukiwań. Owszem, nadal liczy się trans, miarowy marsz przez dźwiękowe pole, ale dużo więcej do powiedzenia mają klawiatury, poszczególne tematy ewoluują, rosną często do monumentalnych, wielowarstwowych konstrukcji. Jednocześnie muzykom udaje się zachować klimat luźnego jamu, co niewątpliwe wpływa na odbiór muzyki. Najlepiej widać to w rozbudowanym aranżu „Planety Eden”, nieopodal mamy równie udany majstersztyk „Propellerbrain” – te numery pokazują przede wszystkim dwie rzeczy – wyobraźnię muzyczną Ampacity oraz coś, czego często zespołom brakuje”: pokerowy zmysł, który pozwala im wypracować niemal idealne proporcje. Dzięki temu długaśne kompozycje zmieniają się w orgię konkurujących ze sobą, rewelacyjnych tematów.Ampacity 1

Z drugiej strony, trzeba mieć do propozycji Ampacity czas i cierpliwość. Sam za pierwszym razem odłożyłem płytę, bo przy braku skupienia zaczynała „odjeżdżać” gdzieś w bok. Uwaga jest wskazana i nagradzana przez zespół kolejnymi giftami – a to odkrywamy pasaż klawiszowy à la stary, dobry Yes, a to przebijamy się przez zwiewną, psychodeliczną mgiełkę „Molten Boron”, a jeśli ktoś tęskni za połyskiem „ery sterowca”, może zabawić się przy „42”. Jak to bywa w przypadku płyt nietuzinkowych, dużo rzeczy wychodzi podczas kolejnych sesji – poupychane, drobne smaczki, zagrywki, które decydują kolorystyce kompozycji. Zespół wykonał gargantuiczną pracę, a co najważniejsze – dobrze się przy tym bawił, co konstatuję, nie znajdując na płycie momentów przyciężkawych, świadczących o zbytnim „myśleniu”.

Ampacity wydorośleli, wskoczyli do rakiety zwanej talentem, zatankowali wysokooktanowe paliwo zwane pomysłowością i odlecieli w kosmos. Dobrze im tam pewnie. Jeśli chcecie ich spotkać, gońcie na koncerty i koniecznie kupcie płytę, że tak reklamowym sloganem na koniec pojadę…

Arek Lerch

Zdjęcie: Oskar Szramka

Sześć