AMPACITY – Encounter One

Polacy zawsze lubili muzykę lat 70 – tych, być może związane jest to z naszym duchem, uwielbiającym wszystko co tradycyjne. Dotychczas jednak była to domena sceny metalowej, zakochanej bez pamięci w Black Sabbath. Od jakiegoś czasu następuje zmiana warty i to tak bombastyczna, że dzisiaj bałbym się wskazać jakiegoś wykonawcę metalowego, który w ciekawy sposób interpretuje tamtą, muzyczną epokę. Za to wśród niezależnej gawiedzi, czy to punkowej czy stoner’owej, powstało w ostatnich latach tyle doskonałych zespołów, świetnie czujących tamte czasy, że można już mówić o jakimś niekontrolowanym boomie. Do gromadki dołącza teraz Ampacity.

 

Narodziny zespołu skwitować można w jeden sposób – nie żyje Broken Betty, niech żyje Ampacity! Muzycy z tamtego, świetnego składu plus nowi koledzy założyli nowy zespół i już promują… no właśnie, co?  Trzy utwory to w zasadzie ep – ka, ale czas ich trwania, powyżej 40 min, mówi nam wszystko. Będzie odjazdowo.

I jest. W zasadzie tylko otwierający płytę „Ultima Hombre” brzmieniem lokuje się najbliżej objechanego stonera. Tak rusza ta opowieść, choć im dalej, tym wyraźniejszy staje się fakt, że dla tej załogi kompozycja to tylko luźny punkt wyjścia. Świetnie radzą sobie przede wszystkim gitarzyści, którzy łączą psychodeliczne, zapiaszczone odjazdy z hendrixowskim „kaczkowaniem”. Zespół wpada w specyficzny trans, który sugeruje, że podczas nagrywania  nie patrzono zbytnio na licznik. Ciekawie wykorzystane są w tej muzyce organy, bo – co dość powszechne w naszym kraju – zamiast ostrożnego i bardzo zachowawczego plumkania, współtworzą ów odjazd na równi z gitarami. Proporcje między poszczególnymi instrumentami są doskonałe, nie ma rywalizacji, jest idealna współpraca. Kolejny  utwór „Asimov’s Sideburns” to już inna bajka. Chyba najbardziej odrealniony fragment na płycie. Dużo ciszy, przestrzeni i drgającego, gorącego powietrza. Przez większość ponad 13 – minutowego songu zespół buduje klimat, poczynając od chillout’owych szmerów i sprzęgów, mocno podbijanych nienachlaną elektroniką i dopiero w finale wkracza mocniejszy riff, z doskonałymi harmonicznie organami. Płytę kończy dziewiętnastominutowy kolos „Masters of Earth”. Dobry tytuł dla takiego potwora. Co tu mamy? Raczej – czego tu nie ma… Space rock, psychodeliczny Led Zeppelin, kwas, pijana elektronika i długie smakowanie poszczególnych tematów. Nie wierzę, że są w stanie odegrać „Masters…” na żywca w dokładnie takiej aranżacji.

Płyta udowadnia, że młodzi muzycy, którzy jeszcze niedawno nieśmiało wkraczali na sceny, dojrzeli i pokazali, że mają niesamowitą żyłkę do takiego muzykowania. Jest też Ampacity zespołem najbardziej zapatrzonym w klasykę sprzed blisko czterech dekad. Nowoczesnych, współczesnych brzmień tu nie znajdziecie, choć świadomość muzyków jest zdecydowanie bardziej pro niż retro… Myślę, że dziadek Hendrix i mistrz Page byliby pod wrażeniem. Aha, zapomniałem dodać, że to kolejny zespół, który zdecydował się zrezygnować z usług wokalisty (choć takowy przecież w zespole jest!!) – tym bardziej szacunek, że potrafią przykuć uwagę swoją muzyką. W ramach ciekawostki wspomnę, że grafiki przygotował perkusyjny szaleniec z zespołu Merkabah – Kuba. Zdecydowanie polecam, szczególnie warto obadać grupę na scenie. To może być ciekawe, mocno narkotyczne doświadczenie…

Arek Lerch

Pięć