AMERICAN HERITAGE – Prolapse (Solar Flare Records)

Napisałem niedawno, że na półeczce z napisem “hard core” hula wiatr. Nadal podtrzymuję taką tezę, choć trafiłem na kolejny, hmmm, wyjątek. Nowe dzieło American Heritage, choć można im przypisać raczej hasło „nowoczesny hc”, nagrali modelowy dla siebie album, w dodatku stworzyli – przy niemałym zapewne udziale Sanforda Parkera (min. Circle of Animals, Minsk czy Twilight) w roli producenta – idealne dla takiej muzyki brzmienie. Czego chcieć więcej?

Oczywiście, jako to na spaślaków przystało (patrz fota), nie palili się zbytnio do zmian w swojej muzyce; w zasadzie to, co napisałem na temat niezłej płyty Sedentary, mógłbym spokojnie przekleić do niniejszej recenzji. I nieco bardziej posłodzić, bo też i „Prolapse” zasługuje na pochwały. Rozpocznę właśnie od wspomnianych kwestii produkcyjnych. Niby nic specjalnie oryginalnego, nie ma natrętnych nawiązań do surowizny, tak modnej na niezależnej scenie, jednocześnie realizacja partii gitarowych jest mistrzostwem, jeśli chodzi o plastykę dźwięku. Klarowne, bardzo wyraziste i naturalne, choć także solidnie wyczyszczone i dociążone brzmienie cieszy i co najważniejsze – nie męczy ucha.AH band

Muzycznie nadal obcujemy z solidną porcją hałasu z różnymi wycieczkami. Najmniej na płycie czystej wody hardcore’owych patentów, być może jedynie d – beat’owy „Mask of Lies” czy otwierający płytę „Eastward Cast the Entrails” do takowego miana pretendują. W pozostałych przypadkach mamy do czynienia z motorycznym, miejscami nieźle połamanym atakiem, który w chwilach, kiedy instrumentalne popisy zaczynają się spiętrzać, kojarzy się z wczesnymi dokonaniami Mastodon (chociażby „Constant and Consuming Fear of Death and Dying” z wpadającym w ucho, podniosłym motywem wokalnym). Świetne wrażenie robi dysonansowe otwarcie „Obliviocrity”, zresztą mamy tu klasyczny dla tego zespołu schemat – prosty, sunący do przodu rytm jest sekwencyjnie łamany, nie po „dillinger’owatemu”, ale tak, by cały czas zachowywał odpowiedni groove. Inna sprawa, że zespół w świetny sposób potrafi wyważyć swoje popisy, tak, by w gąszczu instrumentalnej zawieruchy nie zginęła kompozycja. Transparentne aranże są jednocześnie – jak na taką stylistykę – całkiem nieźle rozbudowane. Nowymi nagraniami grupa wyraźnie zbliża się do pierwszej ligi, może na razie nadal pozostają podziemnym bandem, jednak z tych piosenek można wywnioskować, że ciągle doskonalą swój warsztat i jeśli utrzymają tendencję zwyżkową, następnym razem pozamiatają.

Właściwy materiał jest jednak dość krótki, został zatem uzupełniony trzema kowerami – odpowiednio są to piosenki Descendents (brawo za wybór), Black Flag (mało oryginalne) i wreszcie Girls Against Boys. I to kawałek „Bulletproof Cupid” z płyty „Venus Luxure no. 1 Baby” zrobił największe wrażenie. Klasyczny, „girlsowy” trans został przez American Heritage przerobiony w rasowy, mroczny thrash. Dobra rzecz.

Arek Lerch

Pięć